SEZONHUNTING

AKTUALNY NUMER
Powrót do magazynu sezon

Jak to leciało? Zastanawiał się: Mariusz Góral

Mocno subiektywne i pełne domysłów spojrzenie na rozwój broni myśliwskiej od prehistorii do średniowiecza.

Pradziad kanonier
Nasz praprzodek, który przed dwoma, może trzema milionami lat, a może nawet wcześniej, rzucił kamieniem z pewnością nie był świadomy, że wynalazł właśnie balistykę. Naukę, która pomogła ludziom zdobywać pożywienie, bronić swojego terytorium, a nawet polecieć na Księżyc. Ot małpolud byłby zaskoczony, że miotając graniastym skalnym okruchem na zawsze powiązał ze sobą prędkość, masę, grawitację i opór powietrza. Świadomości może i nie miał, ale królika trafił. Zresztą dzisiaj też część myśliwych nie do końca rozumie jak to wszystko działa, ważne jednak, że do królika trafiają.
Oszczep
Historycy spierają się o konkretny miesiąc – prawdopodobnie było to wiosną, jakieś 600 tysięcy lat temu, kiedy właśnie nad ranem wynaleziono oszczep. Wynaleziono go w ognisku. Jeden z patyków z nadpalonym grubszym końcem, naostrzony poprzez wykruszenie zwęglonego drewna okazał się bardzo sprawnym narzędziem. Już wcześniej używano konarów i pałek, ale była to raczej broń obuchowa. Oszczep nadawał się do bardziej precyzyjnych rzutów, na dalszą odległość.
Łuk
Łuk, jak donoszą ówczesne, naskalne wydawnictwa pism łowieckich, relacjonując doroczne walne polowanie zbiorowe z naganką, pojawił się około 35 tysięcy lat temu. Wykorzystanie energii zmagazynowanej w naciągniętym łuczysku i skoncentrowanie jej na grocie strzały podniosło szansę człowieka na udane polowanie. Po wynalezieniu łuku, w obowiązującym wtedy w formie ustnej rozporządzeniu o zasadach wykonywania polowań, znalazł się punkt o polowaniu indywidualnym. Do tej pory uznawano je za mało skuteczny kaprys aspołecznych odszczepieńców.
Kusza – 3 tysiące lat historii
Pierwsze informacje na temat kuszy pochodzą z Chin z okresu ok. 1100 roku p.n.e., a już na początku III wieku przed naszą erą opracowano w Chinach kuszę repetowaną i zaopatrzoną w magazynek, z której można było wystrzelić 10 bełtów jeden po drugim. W Europie kuszę skonstruowano ambitnie, niezależnie od chińskich wzorów ok. IV w p.n.e. na terenie dzisiejszej Grecji i nazywano gastrafetą, nazwa nie była zbyt udana więc się nie przyjęła.
Broń palna
Jak wiemy proch wymyślili Chińczycy, ale stosowali go do zabawy, czyli do rozrywki. No bo też proch idealnie nadaje się do rozrywki. Broni palnej wykorzystującej proch jednak nie skonstruowali albo może pozostała w fazie testów jednak do seryjnej produkcji nie doszło. Zresztą nie ma się co dziwić, przecież mieli 10 strzałowe repetowane kusze.
W Europie proch odkryto od razu w moździerzu. Takim laboratoryjnym rzecz jasna, ale zbieżność nazw z bronią artyleryjską jak się przekonamy nie jest przypadkowa. Pewien alchemik ucierał w nim siarkę węgiel drzewny i saletrę. I nagle zobaczył błysk usłyszał huk i tłuczek z moździerza wybił dziurę w dachówkach nad jego basztą. Tak się rozpoczęła przygoda z bronią palną
Pierwszy ręczny karabin skonstruowany około 1400 r. miał kaliber ok 19 mm i metrową lufę osadzoną na drewnianym stylu. Broń nadawała się raczej do ognia powierzchniowego niż precyzyjnego. I odpalana była jak armata za pomocą żarzącego się lontu. Celowało się na oko, a instrukcja obsługi była nieskomplikowana i zawierała się w sformułowaniu „drewnianym do siebie”. Jak dzisiaj obserwuję na strzelnicy poczynania, niektórych nowowstępujących to mimo upływu lat te słowa dalej są aktualne.




Na węgierskie zające Zaprasza: Radek Kosiorek

Około trzystu kilometrów od naszej południowej granicy, w ojczyźnie czardasza i palinki można wziąć udział w niezwykłej myśliwskiej przygodzie, a w zasadzie polnym spektaklu, polowaniu na zające.

Węgierskie łowiska na całym świecie słyną ze swojej zasobności, co roku pozyskuje się tu tysiące zajęcy a drugie tyle, odłowione wyjeżdża na zachód Europy. Polowania organizowane są głównie na nizinie węgierskiej w kołach łowieckich, które mają do odstrzału od 100 do 800 zajęcy w planie rocznym. W polowaniu takim zazwyczaj bierze udział od 6 do 20 myśliwych, ustawionych na kształt litery U, a pomiędzy nimi stoją miejscowi naganiacze w większości członkowie koła ze wspaniałymi węgierskimi wyżłami. To właśnie pracy tych niezwykłych psów zawdzięczać można efekty polowania i wynik zajęczych pokotów. Po oddanych strzałach do pędzącego zająca linia myśliwych i naganki zatrzymuje się i resztę robią już psy, jakby dodatkowym zmysłem wyczuwając, który z zajęcy ma szansę na przeżycie a który nie, biegną do końca tylko za śmiertelnie zranionym zającem, szybko zawracając z pościgu za szarakiem tylko muśniętym po turzycy śrucinami. Na Węgrzech poluje się zazwyczaj „czeską ławą” a polowania często kończą się pędzeniem w kotły. Ten sposób polowania świadczy o tym, że zajęcy na Węgrzech jest dużo i łowy tutaj mogą być frajdą dla każdego myśliwego spragnionego dynamicznych polowań na zwierzynę drobną. Organizowane są zazwyczaj trzy dniowe polowania z czterema nocami w hotelu z basenami termalnymi tak aby dać wymęczonym intensywnym polowaniem łowcom czas na odpoczynek po pełnych wrażeń całodziennych łowach. Wielu myśliwych zabiera na te wyjazdy całe rodziny, osoby towarzyszące mogą bowiem uczestniczyć w pędzeniach i dopingować ich w zmaganiach o tytuł Króla Polowania a dla mniej zaangażowanych w łowieckie sprawy pozostają węgierskie baseny termalne i inne atrakcje kompleksów SPA. Wszyscy jednak spotykają się przy wspólnej kolacji, gdzie opowieściom z każdego bogatego w emocje dnia nie ma końca. To jedno z tych polowań, na które wraca się co roku, bo nic tak nie smakuje oprócz myśliwskich wrażeń jak pasztet z upolowanego przez siebie zająca. To polowanie jest też naszą podrożą sentymentalną do czasów, kiedy dom każdego myśliwego można było łatwo rozpoznać po wiszącym na balkonie, kruszejącym na mrozie zającu. Dajmy sobie szansę, aby uczestniczyć w tym wspaniałym polowaniu, tym bardziej, że koszty naprawdę nie są duże. Trzy dni polowania przy czterech nocach pobytu w pokoju dwuosobowym kosztuje 580 euro, do tego należy doliczyć koszt transportu w terenie 15 euro dziennie i pozyskanie zająca, którego odstrzał kosztuje 43 euro. Jest również możliwość aby strzelony zając wrócił z nami do domu oskórowany, wypatroszony i schłodzony i za tą usługę świadczoną przez członków węgierskiego koła należy zapłacić dodatkowo 2 euro od sztuki. Nie można zapomnieć też o jednym niezwykle ważnym aspekcie węgierskich polowań o pogodzie. W okresie polowań na zające, czyli od połowy października do końca listopada jest tu zdecydowanie słoneczniej i cieplej niż u nas, na Węgrzech ciepła jest też atmosfera otaczająca myśliwych. Polowanie nie budzi społecznej dezaprobaty, a myśliwski samochód traktowany jest przez Węgrów niczym bonanza, kiedy obwieszony zającami jedzie po publicznych drogach. Łyk węgierskiej palinki pomiędzy pędzeniami jest tu traktowany jako coś zupełnie naturalnego tak jak machający do nas z serdecznością przechodnie. Co kraj to obyczaj, co polowanie to nowa przygoda i nowe doświadczenia, dlatego naprawdę warto to przeżyć.




Udana zbiorówka na zwierzynę grubą – tajemnica sukcesu
Autor: Andrzej Szeremet

Lubimy zbiorowe polowania. Jedziemy na nie z chęcią, z nadzieją na spotkanie z przyjaciółmi, z lasem, aby przeżyć kolejną przygodę łowiecką. Wracamy często myślami do polowań udanych i takie zostają w pamięci, a te nieudane staramy się zapomnieć. Co zatem należy zrobić, aby polowanie było udane, jak się do tego przygotować i na co zwrócić uwagę.

Podstawowym warunkiem udanych polowań to dobór odpowiednich prowadzących. Osoby takie powinny nosić w sobie wiele zalet, które przełożone na praktykę spowodują, że polowanie się uda. Ich znajomość terenu musi być drobiazgowa, a jednocześnie korespondować z wyobraźnią, dzięki czemu pozwoli rozlokować myśliwych w taki sposób, aby stworzyć maksymalną możliwość dojścia do strzału i zapewnić bezpieczeństwo uczestnikom polowania. Prowadzący musi doskonale orientować się w praktyce czy postrzelona zwierzyna jest do dojścia, czy zestrzał na tropie to obcierka, jak długo może trwać brany miot, czy warto go powtarzać, gdy naganka nie wycisnęła zwierzyny, jak sprawnie ściągnąć strzeloną zwierzynę, aby nie skazywać pozostałych na czekanie, kiedy przewidzieć przerwę na posiłek itd.
Transport dotyczący zarówno przewozu myśliwych jak i naganki oraz strzelonej zwierzyny. Polowanie, na które do lasu jedzie tabun samochodów, a myśliwy po strzeleniu zwierza staje przed problemem jak wywieźć go z lasu jest nieporozumieniem i świadczy o kompletnym bałaganie. W zależności od tego z jakim polowaniem mamy do czynienia zarząd koła powinien zabezpieczyć odpowiednią ilość miejsca. Może być to zarówno ciągnik z przyczepą lub samochody terenowe. W każdym z przypadków należy pamiętać aby pomieścić wszystkich uczestników polowania również psy. W ramach transportu musimy zapewnić jeszcze karawan na upolowaną zwierzynę. Wydawać by się mogło, że to wystarczy, ale jeśli chcemy dograć wszystko perfekcyjnie, pomyślmy o dodatkowym samochodzie i osobie z psem, która będzie dochodziła postrzałki.
Łączność. bardzo ważny element doceniany na profesjonalnych polowaniach. Nawet w dobie telefonów komórkowych mimo wszystko dobre radiotelefony zawsze lepsze i bardziej niezawodne, dlatego warto się w nie zaopatrzyć.
Dobrzy kierownicy naganki, doświadczeni podkładacze psów to gwarancja prawidłowo przeprowadzonego pędzenia. Nie oszczędzajmy na ich pozyskaniu i starajmy się, aby zawsze byli to ci sami ludzie. Warto też jest, jeśli nie mamy swoich psów, zamówić profesjonalnego podkładacza z psami – to się opłaca. Unikajmy sytuacji, kiedy role naganki pełnią myśliwi – to nieporozumienie.
Mioty obstawiamy zawsze dookoła, to niezwykle ważne szczególnie tam. gdzie występuje zwierzyna płowa. Mioty pędzimy pod wiatr. Polując na zwierzynę płową, która w odróżnieniu od dzików nie daje się pchać i odbija do tyłu możemy zastosować system pędzenia w dwie strony równocześnie. Naganka staje naprzeciwko siebie po przeciwległych ścianach pędzenia. Na sygnał obie linie rozpoczynają pędzenie jednocześnie idąc sobie na spotkanie. W miocie mijają się, pędząc dalej do końca każda grupa w swoją stronę. Ten sposób, w którym miot jest niejako przepędzany dwa razy daje doskonałe efekty. Jeżeli jelenie odbiją to zawsze druga linia wypycha je na boki miotu. Polując na dziki można w razie konieczności brać mioty sąsiadujące ze sobą. przy polowaniu na zwierzyną płową jest to wykluczone.
Pamiętajmy o nagance. Kiedy wychodzą z miotu przemoczeni do suchej nitki pomyślmy, aby w przerwie czekało na nich buchające żarem ognisko. Wystarczy o tym pomyśleć na jeden miot przed planowaną przerwą i wysłać dyżurny samochód.
Kierowcy pojazdów przed każdym pędzeniem muszą zostać dokładnie poinformowani gdzie jadą, lub gdzie czekają. Ciche zachowanie się, nie trzaskanie drzwiami to drobiazgi które czasem przesądzają o powodzeniu pędzenia.
Trzeba tak zaplanować mioty, aby nie zaczynać polowania w odległym łowisku, a kończyć przy miejscu zbiórki. Szkoda krótkiego dnia na wycieczki krajoznawcze. Sprawne polowanie to 8-10 miotów w ciągu dnia z 30 minutową przerwą na posiłek. Posiłek planujemy po czwartym miocie. Polowanie prowadzone szybko sprawnie satysfakcjonuje wszystkich. Musimy jednak pamiętać, że polowanie to nie wyścigi i zawsze musi być czas na posiłek, dojście postrzałków i ułożenie pokotu.




Ile złożyć? Radzi: Andrzej Szeremet

Strzelanie kulą do zwierzyny będącej w ruchu wymaga sporej wprawy. Jak się więc zachować, jak rozegrać całą sytuację, aby nie zepsuć okazji, która nie zdarza się przecież często?

Większość strzałów na polowaniach zbiorowych oddajemy na dystans nie przekraczający 50 metrów. Wielkość założenia znana ze strzelnicy odpowiada prędkości dzika idącego truchtem, prostopadle do nas po linii prostej
Strzelanie do dzika dystans 50 m
Truchtem 4 m/s; wyprzedzamy około 25-30 cm; punkt celowania poniżej ucha. Galop: 8-10 m/s; potrzebne założenie na dystansie 50 metrów około 60 cm strzelamy na gwizd. Pamiętać należy o zasadzie, aby na tych dystansach nie wychodzić z sylwetki dzika, no i oczywiście nie zatrzymywać luf. Dzika przebiegającego w odległości 20-30 metrów strzelamy na łopatkę.
Strzelanie do zwierzyny płowej
Jeleń pędzony na otwartej przestrzeni osiąga prędkość 10-14 m/s. Wielkość założenia do takiej łani, idącej ostrym galopem odległości około 50 metrów, będzie oscylować w granicach 70-90 cm, a więc punkt celowania będzie znajdował się przed piersią zwierzęcia. W praktyce do 70 metrów nie wychodzimy muszką, ułożoną na wysokości komory, poza łeb zwierzęcia.
Sztukę idącą w podobnej odległości truchtem, strzelamy, zakładając około 40 cm.
Sarna, pędzona na przestrzeni otwartej, osiąga szybkość 10-12 m/s. Założenia będą więc podobne jak przy strzelaniu do jeleni, ale strzały mogą okazać się trudniejsze, choćby z tego względu, że cel jest dużo mniejszy.
Strzelając do zwierzyny, która jest w ruchu, unikajmy strzałów na sztych lub do zwierza odchodzącego prostopadle od myśliwego. Takie strzały prowadzą bardzo często do zranienia zwierzyny. Jeśli nie ma dobrych warunków do oddania strzału, lepiej z niego zrezygnujmy.
Poza wyprzedzeniem złym oszacowaniem wyprzedzenia najczęstszymi błędami przy strzelaniu do zwierzyny grubej w ruchu są: zatrzymanie broni w momencie ściągnięcia spustu i zerwanie strzału nieumiejętnym ściąganiem spustu.




Punkt siedzenia  

Polowanie zbiorowe. Długi marsz na stanowisko i miot trwający kilkadziesiąt minut, broń ciążąca z czasem coraz bardziej. Jeśli w dodatku nie ma podwody lub polujemy w trudnym terenie, gdzie jej wykorzystanie jest ograniczone, to po 2 -3 miocie niemal każdy zatęskni za chwilą odpoczynku i z zazdrością spogląda na kolegów wyposażonych w myśliwski stołeczek. 

W sklepach myśliwskich dostępna jest szeroka gama różnego rodzaju siedzisk dedykowanych myśliwym. Część wzorów zaadaptowano jako sprzęt turystyczny i biwakowy. Tu drobne wtrącenie. Mało kto zdaje sobie sprawę, że większość sprzętu wykorzystywanego przez turystów to rozwiązania zaprojektowane właśnie dla myśliwych. A same stołki myśliwskie na studiach z wzornictwa przemysłowego prezentowane są jako historyczny przykład ergonomii i użytkowości.
Zostawmy jednak muzea i aule wyższych uczelni i wracajmy do lasu, na nasze polowanie. No może jeszcze wcześniej wstąpimy na chwilę do sklepu po nasz nowy stołek. I tu pojawia się pytanie. Czym kierować się wybierając stołeczek? Jaki model wybrać?  Jakie konkretne cechy powinien mieć?
Laski z siedziskiem – rozwinięcie lasek spacerowych, które upowszechniły się wśród arystokracji na przełomie XVIII i XIX wieku. Razem z modą na duże przypałacowe parki i zwierzyńce. Najpopularniejsze są dwa rozwiązania. Pierwsze, w którym siedzisko rozkłada się parasolowato pomiędzy trzema prętami i drugie, w którym rączka siedziska jak skrzydła motyla rozkłada się symetrycznie na dwie części i na tym stelażu rozpięte jest siedzisko. W obu przypadkach powierzchnia siedzenia nie jest zbyt duża. Wybierając rozwiązanie łączące laskę z siedziskiem musimy się liczyć z tym, że sprzęt ten umożliwi naszym nogom chwilę wytchnienia. Jednak komfort siedzenia jest raczej umiarkowany, a siedząc balansujemy wspierając się i na lasce i na naszych zmęczonych nogach. Wstając z naszego siodełka musimy pamiętać, że niechybnie się przewróci, trzeba więc zaplanować jego ciche odłożenie. Technologicznie rozwiązanie to wymusza wysoką jakość materiałów, z których muszą być wykonane poszczególne elementy konstrukcyjne. Pojedyncza noga podlega dużym naprężeniom, a jej złamanie może mieć dla siedzącego przykre konsekwencje.  Ciężar siedzącego skupiony w jednym punkcie powoduje zagłębianie się końcówki w gruncie co wymusza stosowanie okucia z talerzykiem. W zamian idąc zyskujemy możliwość wykorzystania dodatkowego punktu podparcia, co może się przydać, kiedy jest ślisko czy przy pokonywaniu stromych stoków. W czasie marszu możliwość podparcia w pewnym stopniu odciąży również nogi i kręgosłup.
Stołki trójnożne – wzór jeszcze starszy znany już w średniowieczu, a może jeszcze wcześniej, ponieważ uniwersalność i stabilność trójnogów wykorzystywana była od czasów niemal prehistorycznych. Dostępne są tradycyjne modele wykonane ze skóry i drewna oraz nowoczesne rozwiązania wykorzystujące lekkie materiały, zastosowanie których daje nowe możliwości funkcjonalne na przykład składane nóżki. Na stołeczku trójnożnym siedzi się wygodnie. Ciężar siedzącego rozłożony jest na trzy punkty sprawia, że stołek taki ma mniejszą tendencję do zapadania się. Kiedy w czasie polowania zauważymy zwierza i będziemy musieli wstać nasz stołek stojąc spokojnie nie zakłóci tego jakże ważnego momentu. Wybierając wzór trójnożny należy zwrócić uwagę na możliwość przenoszenia stołka. Powinien być wyposażony w pasek lub pokrowiec, dzięki któremu będziemy go mogli przenosić przerzucony przez ramię. I to jest wada stołka trójnożnego – kolejny klamot na naszych plecach. Podsumowaniem niech będzie jednak stare polskie przysłowie „Lepiej nosić niż się prosić”.
Waga – parametr podstawowy, który dotyczy każdego elementu naszego ekwipunku. Tutaj prym wiodą nowoczesne modele zaprojektowane z wykorzystaniem aluminium i wytrzymałych tworzyw sztucznych. Waga najlżejszych modeli to ok. 700g.
Wysokość siedziska – przede wszystkim powinna być dopasowana do naszego wzrostu. Jest kompromisem pomiędzy wygodnym siedzeniem wysokość siedziska od gruntu ok. 43 cm a możliwością szybkiego podniesienia się ze stołka średnio ok. 55 cm od gruntu. Niższe stołki umożliwiają dłuższy wygodny odpoczynek i przydadzą się również na rybach i biwaku, czy na zwyżce lub ambonie bez ławki.
Polscy myśliwi w przeważającej części wybierają konstrukcje trzynożne zwracając uwagę na stabilność i wygodę tego rozwiązania. Pozostali kierując się niewątpliwą elegancją i specyficznym myśliwski stylem decyduje się na laski z siedziskiem. Tak czy inaczej warto zastanowić się nad zakupem stołeczka. Szanujmy nasze stawy i kręgosłupy i pamiętajmy, że zmęczenie powoduje spadek koncentracji i refleksu co może być przyczyną pudeł.




Ptaszniczka

Obecnie polskie łowiectwo w zdecydowanej mierze zostało zdominowane przez polowania na zwierzynę grubą. Dla części nowowstepujących pierwszą i przez długi czas jedyną bronią jest sztucer w uniwersalnym kalibrze. Magazyn Sezon lubi jednak ciekawostki i pewien poziom ekstrawagancji i na rozpoczęcie sezonu polowań na bażanty postanowiliśmy przetestować śrutówkę w egzotycznym jak na nasze warunki kalibrze .410 Magnum.

Dzięki naszej współpracy z Firmą Łowca z Rudy Śląskiej, polskiego dystrybutora strzelb Forester, firmy która jako jedna z nielicznych, a w zasadzie chyba jedyna oferuje w ciągłej sprzedaży broń w kalibrze .410 mogliśmy sprawdzić jak strzela się i poluje z tego kalibru. Kaliber .410 to najmniejszy kaliber broni śrutowej produkowany obecnie na świecie. Jego oznaczenie to średnica przewodu lufy wyrażona w calach. My testowaliśmy .410 Magnum czyli inaczej .410/76 według przyjętej w Europie numeracji wagomiarowej to 36. A że ani ułamki cala, ani tym bardziej ilość kulek odlanych z jednego angielskiego funta ołowiu nie przemawiają do naszej wyobraźni to dla rozwiania wszelkich wątpliwości przewód lufy tej broni ma średnicę 10,5 mm, czyli niewiele więcej niż sztucer w zbiorówkowym kalibrze.
Ale dość żartów niezależnie od kalibru broń to broń. Testowana przez nas nadlufka Forestera miała lufy długości 71 cm zakończone wymiennymi czokami o długości 40 mm. W komplecie jest ich pięć, zwężają lufę odpowiednio: skeetowy do 10,3, ¼ do 10,1 mm, ½ do 10,0 mm, ¾ 9,9 mm i pełny 9,8 mm. Ciężar pojedynczego selektywnego spustu wynosił w testowanym Foresterze 2,6 kg dla dolnej lufy i 3,0 kg dla górnej. W mojej opinii jest to nieco za dużo dla tak gęsto bijącej broni. Z drugiej strony w takim przypadku bardzo szybko zdajemy sobie sprawę jaki wpływ na celność strzałów ma prawidłowe ściąganie języka spustowego. Bowiem broń w kalibrze .410 ma również ten walor edukacyjny, że praktyczny brak kopnięcia pozwala nam zapamiętać jak celowaliśmy i czy w momencie ściągania języka spustowego nie zerwaliśmy strzału.
Test broni rozpoczęliśmy na strzelnicy od sprawdzenia każdego z czoków strzelając do 16 polowej tarczy papierowej o średnicy 75 cm z wewnętrznym okręgiem o średnicy 37,5 cm z dystansu 25 m. Testową amunicją były naboje Selier&Bellot nr 4 o średnicy ziarna 3 mm i naważce 19,5 g. W jednym naboju mieściło się średnio 113 śrucin. Z każdego czoka oddaliśmy po dwa strzały do tej samej tarczy.
Dla pełnego czoka w tarczę trafiło 88% ziaren śrutu, a z nich 60 % zmieściło się w centralnym mniejszym okręgu. Czok ¾ osiągnął 80% ziaren w całej tarczy i 57% skupienia w centrum, a półczok odpowiednio 75% i 55%. Ćwierć czok i czok skeetowy dały odpowiednio 84 % i 92% dla całej tarczy i 40% i 35% dla centralnego okręgu. Dla obu luf środek trafienia wiązki przypadał ok 5-7 cm nad punktem celowania.
Do rzutków wykorzystaliśmy naboje Clever T3 o średnicy ziaren 2,4 mm. Ze względu na ilość śrutu znajdującego się w naboju kalibru .410 Magnum zasięg powtarzalnego strzału do rzutków ograniczony jest do ok 30 m i tu ciekawa obserwacja przy zastosowaniu czoka ¾ w dolnej lufie i pełnego w górnej trafione rzutki praktycznie znikały niemal nie pozostawiając po sobie żadnych odłamków, a te nietrafione leciały sobie spokojnie dalej. Na kilkadziesiąt oddanych na osi strzałów żaden z rzutków nie rozpadł się na dwa czy trzy kawałki i albo znikał, albo leciał dalej, pośrednich rezultatów nie było.
Podbudowani testami ze strzelnicy postanowiliśmy sprawdzić broń na polowaniu. Przyznam, że ważąc w dłoni przypominające cygaretkę naboje mocno się zastanawiałem jak skuteczne będą w polu. Efekty bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły. Podczas polowania z wyżłem na dzikie koguty strzelałem tylko do ptaków wystawionych przez psa. Zasięg strzału wynosił od 12 do 20 m z pięciu wzorowo wystawionych kogutów trzy spadły na trupa, jeden postrzelony został podniesiony przez psa, a jednego spudłowałem. Podejrzewam, że polując ze swoją starą dwunastką też miałbym podobne efekty. Mając jednak na uwadze ilość śrutu i skupienie wiązki polując z .410 trzeba pamiętać, że maksymalny dystans strzału to około 22-25 m. Dystans taki predysponuje broń w tym kalibrze do polowań spod psa. Dodatkową zaletą dla tego typu polowań będzie niska waga samej broni 2,2 kg jak i amunicji 25 sztuk waży nieco powyżej 0,6 kg. Standardowa strzelba w kalibrze 12 to 3,3 kg, a 25 naboi to kolejne 1,1 kg. Po pięciu godzinach chodzenia po polach i kilkunastu przebytych kilometrach różnica 1,6 kg będzie wyraźnie zauważalna. Niestety każda róża ma kolce w tym przypadku jest nimi cena amunicji. Naboje do .410 są droższe od standardowych, a ich cena wacha się od 45 do 65 zł za paczkę.
Czy zatem śrutówka .410 może być bronią, którą warto posiadać w swoim arsenale? Tak, gdy polujemy z psem, a nasze umiejętności strzeleckie są lepsze niż przeciętne. Dodatkowo, jeśli potrafimy ocenić odległość do celu i powstrzymać się od strzału, w przypadku braku szansy skutecznego trafienia. A nade wszystko, gdy zależy nam na doskonaleniu swoich umiejętności w strzelaniu śrutem.




Termowizor Pulsar Helion XP 50

Paradoksalnie całoroczny okres polowań na lochy oraz konieczność ograniczenia liczebności dziczej populacji stawia przed etycznymi myśliwymi wyższe wymagania co do precyzyjnego rozpoznania i wyboru sztuki do odstrzału. Oprócz doświadczenia, obserwacji zachowania i pokroju obserwowanej sztuki możemy wykorzystać najnowsze urządzenia techniczne do których niewątpliwie zaliczamy termowizory.

Na polskim rynku jednym z najchętniej wybieranych produktów są termowizory marki Pulsar. Najnowszą serią termowizorów obserwacyjnych, którą mają w ofercie jest Pulsar Helion. W skład serii wchodzą dwa modele z matrycą termoczuła w technologii 17 µm, Helion XQ o rozdzielczości sensora 384 na 288 pikseli oraz Helion XP z matrycą 640x480 pikseli. Oba modele wyposażono w doskonałej jakości wyświetlacz AMOLED o rozdzielczości 640x480 pikseli doskonale odwzorowujący szczegóły obserwowanych obiektów i umożliwiający wybór koloru wyświetlania obrazu spośród 8 dostępnych trybów barwnych.
Postanowiliśmy przetestować jak urządzenia te mogą pomóc w prawidłowym rozpoznaniu zwierzyny do odstrzału. Już na pierwszy rzut oka Helion robi dobre wrażenie. Uwagę zwraca solidna zwarta i proporcjonalna konstrukcja z ergonomicznie rozmieszczonymi przyciskami sterowania. Monokular doskonale leży w dłoni a przyciski otoczono specjalną ramką umożliwiającą ich dotykową identyfikację. Uruchomienie urządzenia od naciśnięcia przycisku on/off do pojawienia się obrazu w wyświetlaczu zajmuje ok 7 sekund. Jeśli nie prowadzimy obserwacji to możemy wygasić wyświetlacz, jego ponowne uruchomienie następuje błyskawicznie niemal jednocześnie z naciśnięciem przycisku.
Testowany termowizor wyposażony był w najmocniejszy obiektyw 50mm, który zapewnia powiększenie bazowe 2,5 × przy liniowym polu widzenia 218m/1000m. W serii Helion XP mamy możliwość stosowania wymiennych obiektywów. Oprócz 50. dostępne są obiektywy 28 i 38 mm. Dające powiększenie bazowe odpowiednio 1,4 i 1,9 × i pole widzenia 390 m/1000 m dla obiektywu 28mm i 286 m/1000 m dla 38 mm. W zależności od tego czy potrzebujemy szerokiego pola widzenia do detekcji zwierzyny czy większego przybliżenia do jej precyzyjnego rozpoznania możemy wyposażyć się w odpowiedni sprzęt.
Dzięki wysokiej rozdzielczości matrycy i wyświetlacza możliwe jest efektywne wykorzystanie cyfrowego powiększenia. Po każdorazowym uruchomieniu termowizora obraz wyświetlany jest w powiększeniu 2,5×. Możemy je płynnie zwiększyć do 20× co 0,1×, możemy też jednym przyciśnięciem zwiększyć je do 5× dwoma do 10× i trzema do 20×. W testowanym urządzeniu bez straty dla jakości obrazu można obserwować zwierzęta do powiększenia ok 10×. Pomiędzy 10-15× strata na jakości jest nieznaczna a powyżej 15× są już dostrzegalne piksele. Jednak najciekawszą funkcją Heliona związaną z powiększeniem jest obraz w obrazie. Całość wyświetlacza pracuje w powiększeniu bazowym, a centralny wycinek jest powiększony i wyświetlany w okienku. Dzięki czemu zachowujemy przegląd całego pola widzenia, a jednocześnie możemy dostrzec wybrane szczegóły obserwowanych obiektów. Powiększenie w okienku jest oczywiście regulowane.
Dzięki wysokiej częstotliwości odświeżania obrazu 50 Hz termowizor umożliwia obserwowanie bez zakłóceń i przerw nawet bardzo szybko poruszających się obiektów, jednak w nocy w łowisku poza sowami i nietoperzami obiektów takich raczej zbyt dużo nie zobaczymy. Natomiast częste odświeżanie zdecydowanie przyda się, jeśli prowadzimy obserwację w ruchu np. jadąc samochodem.
Termowizor wyposażony jest w rejestrator video umożliwiający kręcenie filmów i utrwalanie zdjęć z naszych obserwacji na wewnętrznej karcie pamięci o pojemności 8 GB. Fanom nowych technologii wiele frajdy da możliwość transmisji widzianego w termowizorze obrazu na smartfon. Dzięki modułowi WI FI, po zainstalowaniu w telefonie odpowiedniej aplikacji Stream Vision możemy podzielić się tym co widzimy ze współtowarzyszem łowów, a nawet wysłać nagranie do internetu. Należy przy tym zachować rozwagę szczególnie jeśli nagrywamy wrażliwe momenty naszych łowieckich wypraw.
Jedną z innowacji, którą wprowadzono budując serię Helion jest wymienny akumulator Li – lon IPS5 o pojemności 5,2 Ah, na którym w optymalnych warunkach sprzęt pracuje około 7-8 godzin. Możemy dokupić również akumulator IPS10 o pojemności 10 Ah lub adaptery umożliwiające wykorzystanie baterii AA lub CR123. Co ciekawe zasilanie w tym standardzie możemy również wykorzystać do zasilania celowników termowizyjnych Trial i nakładek noktowizyjnych z serii Pulsar Forvard F.
Akumulatory mogą być ładowane bezpośrednio w termowizorze lub za pomocą dołączonego w komplecie adaptera po odłączeniu od urządzenia. W komplecie otrzymujemy ładowarkę sieciową generującą prąd 2A. Możemy tez wykorzystać popularne ładowarki do telefonów komórkowych z końcówką microUSB.
W czasie testów w łowisku nasza uwagę zwróciła wysoka czułość termowizora na różnice temperatur. Urządzenie kalibrując się automatycznie dopasowuje czułość tak, że na obserwowanych zwierzętach widać cieplejsze i zimniejsze obszary. Co w połączeniu z wysoką jakością obserwowanego obrazu pozwala niemal bezbłędnie rozpoznać nie tylko gatunek, ale również płeć zwierzęcia. Jeśli do tego dołożymy wysoką częstotliwość odświeżania i praktycznie niezauważalne automatyczne kalibrowanie matrycy to możemy powiedzieć, że mamy do czynienia z najnowocześniejszym termowizorem obserwacyjnym jaki kiedykolwiek dostępny był na rynku cywilnym. Możliwość wykorzystania termowizora o tak wysokiej jakości, nie tylko poprawia efektywność i bezpieczeństwo nocnych polowań, ale wprowadza nas do niedostępnego dotąd dla naszych zmysłów nocnego świata przyrody, w którym dzieje się dużo więcej niż dotąd




W teren – wyciągarka, ale jaka

Wyciągarka elektryczna jest urządzeniem o dość szerokim zastosowaniu. Zamianie energii obrotowej silnika elektrycznego na energię zwijania liny nawijanej na bęben, zyskała uznanie w różnych dziedzinach życia i przemysłu. Urządzenie to znalazło również zastosowanie w samochodach terenowych używanych przez myśliwych.

Wciągarka używana jest najczęściej do wyciągania samochodu w sytuacjach, w których nie udało się wyjechać na kołach. Wyciągarką możemy nie tylko wyciągać pojazd, ale także przyciągać ciężkie przedmioty, np. stawiać ambonę lub ściągać strzeloną zwierzynę. Wyciągarka zamocowana z przodu pojazdu pomaga wyjechać głównie do przodu, ale są techniki wyciągania auta za pomocą przedniej wyciągarki również w innych kierunkach. Wymaga to jednak, dodatkowych akcesoriów, takich jak zblocza i rolki zmieniające kierunek pracy liny oraz taśm do utworzenia punktów podparcia dla zaczepienia tych zbloczy.
Każda wyciągarka umożliwia chwilowe zwijanie liny, pod kątem do ok. 30 stopni w obu kierunkach od osi na wprost. Ciągłe nawijanie liny w skrajnym wychyleniu może spowodować nierównomierne nawinięcie liny po jednej stronie bębna, co doprowadzi do zacięcia liny o obudowę wyciągarki. W przypadku, gdy potrzebujemy wyciągać auto pod kątem, należy po nawinięciu kilku zwojów przerwać wyciąganie, zwolnić linę i zluzowaną w ten sposób poprawnie nawinąć na bęben wciągarki. Przy doborze wyciągarki najważniejszy jest uciąg i szybkość zwijania liny. Podawany przez producentów uciąg wyciągarek jest wartością maksymalną, gdy lina jest nawijana na najmniejszą średnicę bębna – czyli, kiedy jest całkowicie rozwinięta. Podczas nawijania liny na bęben, średnica nawijania rośnie - tym samym wzrasta prędkość zwijania, a maleje siła uciągu. Dlatego podawany przez producentów uciąg, należy przedzielić przez połowę i porównać z masą naszego pojazdu, aby określić uciąg dla urządzenia, w które musimy się wyposażyć. Wciągarka montowana do samochodu terenowego o masie całkowitej 2 ton powinna mieć silnik o mocy ok. 6 -7 KM i przełożeniach ok. 200-250: 1. Urządzenia o przełożeniach powyżej 300:1 mają duży uciąg, ale wolniej zwijają linę. A gdy wyciągarka zbyt wolno zwija linę, robi się problem w momencie, gdy próbujemy pomagać jej równocześnie używając napędu kół, bo w trakcie łapania przyczepności przez koła, samochód podjeżdża, wyprzedzając ruch wyciągarki co powoduje luzowanie liny i plątanie się jej przy nawijaniu na bęben.
Przy zakupie wyciągarki, warto również zwrócić uwagę na typ liny. Lina stalowa jest tańsza, jednak dużo cięższa i zajmuje więcej miejsca na bębnie, do tego trudniej się ją rozwija i jest sztywniejsza od liny syntetycznej, a gdy zaczyna się strzępić, można łatwo poranić sobie dłonie ostrymi drutami. Dlatego, gdy używamy stalowej liny, musimy używać grubych rękawic ochronnych. Lina syntetyczna nie posiada powyższych wad, jednak trzeba uważać, by jej przypadkowo nie naciąć ocierając po twardych szorstkich powierzchniach.
Wyciągarka musi być trwale i solidnie zamocowana do pojazdu. Mocowanie musi być zdecydowanie mocniejsze niż uciąg urządzenia, równie ważne jest podłączenie elektryczne. Wyciągarka może pobierać nawet 300-400 A - to bardzo dużo. Dlatego wymaga właściwego podłączenia. Dobrze jest zastosować dodatkowy wyłącznik główny oraz zabezpieczenie przeciążeniowe – bezpiecznik. W trakcie użytkowania należy pamiętać, aby kontrolować stan liny i jej właściwe nawinięcie. Bardzo ważne jest to, że nie możemy całkowicie rozwijać liny. Zawsze należy pozostawić 4 -5 nawinięć na bębnie, żeby lina nie zsunęła się i całkowicie nie odczepiła od wyciągarki. Jak wszystkim urządzeniom elektryczno-mechanicznym tak i wyciągarkom najbardziej szkodzi… nieużywanie. W związku z tym, warto raz na jakiś czas ją uruchomić.
Wyciągarka lina i hak to nie wszystko co potrzebne do wyjścia z opresji w terenie. Konieczne są również pas do drzew, szekle, taśmy lub liny przedłużające, rękawice ochronne i dodatkowe zblocza. A kiedy nie ma drzew do których moglibyśmy przypiąć linę a my nie posiadamy specjalnej kotwicy, to możemy zakopać w ziemi kłodę lub jakiś pniak, a w ostateczności koło zapasowe i do niego zapiąć linę. Samochodowa wyciągarka elektryczna to bardzo użytecznie urządzenie jednak zarówno przy jego wyborze, montażu jak i późniejszym wykorzystaniu musimy przestrzegać kilku podstawowych zasad dzięki którym efektywnie będziemy mogli poradzić sobie w każdej sytuacji.




Ciekawy model

Dla każdego coś fajnego - precyzyjnie, po kowbojsku i klasycznie.

CZ 557 Predator
Precyzyjna broń ze specjalnie selekcjonowanymi, kutymi na zimno lufami w syntetycznej osadzie z kamuflażem leśnym zakończonej efektywnym polimerowym amortyzatorem. Sztucer dostępny jest z lufami o długości 52 cm w kalibrze 6,5x55 SE z gwintem o skoku 1:8,6, a także w .308 Win i 30-06 SPR, obie 30 o skoku gwintu 1:10. Końcówka lufy jest fabrycznie gwintowana (M14x1) i umożliwia stosowanie kompensatora lub tłumika. Metalowy wymienny magazynek mieści 5 naboi.
Marlin MODEL 1895 SBL
Jeśli lubicie westerny to ten model Marlina przypadnie wam z pewnością do gustu. Zaprojektowany do ciężkiej pracy w gęstwinie sztucer w kalibrze 45-70 Gov’t z lufą długości 15 cali i sześcionabojowym magazynkiem idealnie uzupełni kolekcję naszej broni myśliwskiej. Sprawdzi się też przy dochodzeniu postrzałków czy na leśnej pędzonej zbiorówce.
Merkel K3 Lady DS
Sztucer łamany zaprojektowany z myślą o paniach. Dzięki ryflowanej lufie i specjalnie dobieranej osadzie waży jedynie 2,4 kg. Linia DS została konstrukcyjnie przystosowana do wymagań płci pięknej. Uwzględniono konieczność wyprofilowania chwytu dla mniejszych drobnych dłoni, inny też jest układ kątów osady, jej wysokość i długość. Wszystko po to aby paniom strzelało się wygodniej, a przez to celniej. W serii DS. znajdziemy również dwutaktowy sztucer Merkel HELIX.




Tropowiec doskonały cz.II Autor: Michał Fornalczyk

Tekst dotyczy wyboru szczeniaka oraz pracy z nim w okresie dorastania. Jeżeli podjęliśmy już decyzję co do rasy, powinniśmy się skupić na znalezieniu sprawdzonej hodowli.

I tu pojawia się pierwszy problem. W Polsce mamy ogromną liczbę hodowli i rodzących się szczeniąt. W ciągu roku rodzi się u nas więcej posokowców niż łącznie we wszystkich pozostałych krajach Europy. 80% tych psów trafia na przysłowiowe kanapy lub do myśliwych, którzy potrzebują psa do towarzystwa. Z kanapowców często robi się „użytek” na siłę, wymęczając konkurs, do tego trzy wystawy, piękną stronę w internecie – i sprzedaż szczeniąt kwitnie. Nie twierdzę, że część tych psów nie jest dobra czy nawet bardzo dobra, jednak nie zostały one zweryfikowane w łowisku podczas gonu, sytuacji stresowych, zmęczenia itd. Dlatego najlepiej szukać szczeniaka z dobrych, świadomie przeprowadzonych kryć, podpytać w środowisku o psy danego hodowcy – o to, czy pracują, jak często, z jakimi efektami, jakie są to prace. Karty ocen z konkursów mogą również okazać się pomocne.
W kwestii wyboru konkretnego szczeniaka z miotu także warto kierować się kilkoma wskazówkami. Jeśli chodzi nam o psa na trop, powinniśmy wybierać szczeniaka najbardziej zrównoważonego, stabilnego psychicznie, przewidywalnego (ja nazywam takiego psa „cichym szefem”). Taki pies chodzi pomiędzy innymi i spokojnie ocenia sytuację, a nie biega wszędzie i za wszystkim. Z drugiej strony nie może być wycofany – powinien w razie potrzeby odgonić swoich towarzyszy od miski, nie wdając się w awantury. Z takich szczeniąt według mnie wyrastają równe w pracy, stabilne psy. Sam kiedyś zostawiałem najżywsze, najostrzejsze szczeniaki, a efekt był taki, że często okazywały się nadpobudliwe, zbyt twarde i odważne w gonie kosztem słabszej pracy na tropie. Takie psy mogą być świetne, ale jedynie w ręku doświadczonego, zawodowego przewodnika. Wielu nabywców zastrzega sobie prawo do wyboru szczeniaka z całego miotu. Kompletnie nie wiedzą, na co zwracać szczególną uwagę, i przeważnie decydują się na szczenię największe i najgrubsze lub to, które przybiegnie jako pierwsze.
Szczeniakowi można zrobić kilka testów, jest o tym sporo w internecie. Ja osobiście lubię sprawdzić szczeniaka w obcym dla niego terenie – jak reaguje na hałasy, tj. stukanie metalowymi miskami, rzucanie pęku kluczy, klaskanie. Przewracam go na plecy, by sprawdzić, czy broni się, gryząc, czy sika i skomli ze strachu, czy raczej leży spokojnie i pozwala wszystko ze sobą zrobić. Oczywiście najlepszy będzie ten ostatni. Można też zrobić krótką włóczkę z biegiem lub badylem. Optymalny będzie szczeniak, który szuka systematycznie, po zgubieniu tropu sam stara się na niego naprowadzić, jest wytrwały i łatwo się nie poddaje. Nie musi rzucać się na skórę i ją rozrywać, bo to nie norowiec. Powinien być nią zainteresowany, nie bać się, może ją ponosić w pysku lub oszczekać.
Oczywiście szczeniak ma być zdrowy, prawidłowo rozwinięty fizycznie i psychicznie. Jeżeli po obejrzeniu miotu stwierdzimy, że większość szczeniąt jest lękliwa, słabo socjalizowana, dajmy sobie spokój.
Ważne jest, aby do wyboru podejść z głową, rozważnie, nie pozwolić wybierać rodzinie, bo często z litości wybierają szczenię najsłabsze, tymczasem w przyszłości to ma być pies użytkowy, zdrowy, zrównoważony i z pasją, prawdziwy pomocnik myśliwego. Jeśli trafimy na egzemplarz słaby, bez pasji, a dodatkowo jeszcze chorowity, to będzie nas to kosztowało dużo czasu, pracy i pieniędzy, w dodatku możemy nigdy nie osiągnąć pożądanego efektu.
W następnej części omówię przyrządy potrzebne do szkolenia oraz początki pracy na tropie.




Psia dieta BARF

Coraz większą popularność wśród posiadaczy psów zyskuje dieta oparta na surowym mięsie, kościach i podrobach.

Wszystko zaczęło się od australijskiego weterynarza Iana Billinghursta, który w swoich książkach na temat żywienia psów argumentował, że psy mimo udomowienia pod względem funkcjonowania układu pokarmowego nie różnią się od swoich dzikich kuzynów – wilków. Zalecał więc stosowanie u nich diety zbliżonej do naturalnej, czyli karmienie ich surowym mięsem i kośćmi, z niewielką domieszką surowych warzyw.
BARF to akronim angielskiego wyrażenia biologically appropriate raw food, co po polsku można tłumaczyć jako biologicznie odpowiednie surowe pożywienie.
Taki pokarm powinien składać się w 80% z surowego mięsa i kości różnych gatunków zwierząt, a także z ryb, natomiast w pozostałych 20% z surowych warzyw, owoców i rozdrobnionych ziaren zbóż oraz jaj. Oczywiście proporcje te są orientacyjne i nie muszą dotyczyć wszystkich posiłków. Ważne jest, aby głównymi składnikami każdej porcji były mięso i kości. Taki skład diety BARF ma zbawienny wpływ na prawidłowe trawienie, sierść i skórę, budowę kośćca i zębów, a także system odpornościowy naszych pupili.
Dobrym przykładem wysokojakościowej karmy BARF jest GULASZ WOŁOWY przygotowany przez firmę Hunterdog (cena: 5,60 zł/kg). Jest to karma w postaci grubo krojonego mięsa wołowego przeznaczona dla zwierząt dorosłych, szczeniaków, a także psów małych ras oraz kotów. Gulasz zapewnia zwierzęciu wszystkie najważniejsze składniki odżywcze. Produkt mrożony szokowo w temperaturze –36°C składa się z czystego mięsa (100% wołowiny) i nie zawiera kości. Zawartość białka to do 13,5% na 100 g karmy, a tłuszczu – do 4,0% na 100 g karmy. Gulasz można podawać na kilka sposobów: rozpakować, rozmrozić i podawać na surowo Jeśli jednak nie jesteśmy jeszcze gotowi podawać pupilowi diety BARF to rozmrozić i gotować przez 20 minut. Jako dodatki zaleca się ryż, makaron, kasze. Karma pakowana jest w szczelnie zgrzewane worki foliowe po 1 kg. W przypadku większych zamówień lub hodowców firma Hunterdog oferuje możliwość innego sposobu pakowania. Najlepiej wykorzystać produkt przed upływem roku od daty produkcji. Przechowywać w temperaturze od –5°C do –18°C.
Wielkim atutem i zarazem przyczyną rosnącej popularności diety BARF jest to, że bardzo łatwo ją stosować. Nie wymaga specjalnych nakładów pracy. Wystarczy znaleźć producenta dobrej jakościowo karmy i pamiętać, aby na czas wyciągnąć odpowiednią porcję z zamrażarki.
Ważne, aby nigdy nie podawać psu kości gotowanych. Kości poddane obróbce termicznej stają się odporne na psie enzymy trawienne i przez to ciężkostrawne.




Szlachetne dębowe trunki

Dąb kojarzy się z siłą, zdrowiem i długowiecznością. Kontakt z dębiną uszlachetnia – zarówno orężne dziki, jak i niektóre trunki nigdy nie byłyby tak doskonałe, gdyby nie spędziły kilku lat w towarzystwie dębów i dębowego drewna.

Brandy – alkohol destylowany z wina gronowego lub owocowego, znany od kilkuset lat. Nazwa pochodzi od holenderskiego słowa brandewijn, co można tłumaczyć jako destylowane wino. Po polsku brandy nazywana jest winiakiem, a po staropolsku wypalanką – od procesu destylacji prowadzonego w kotłach ogrzewanych żywym ogniem. Winiakami są m.in. polska śliwowica, bułgarska pliska, niemiecki kirsz francuskie koniaki oraz calvados i armaniak, a także włoska grappa.
Koniak – winiak produkowany we Francji o zawartości alkoholu 40%–45%. Proces jego destylacji jest prowadzony dwuetapowo. Po przedestylowaniu wina otrzymuje się półprodukt o zawartości alkoholu około 28%, który destyluje się powtórnie do uzyskania 70% alkoholu. Następnie destylat jest rozcieńczany i przelewany do dębowych beczek. Przed zabutelkowaniem alkohol z różnych beczek i roczników jest kupażowany, czyli mieszany, dzięki czemu produkt końcowy uzyskuje odpowiedni smak i moc. W zależności od długości leżakowania najmłodszego destylatu koniaki oznaczane są następującymi symbolami: V.S. – co znaczy, że spędził w beczce dwa lata; V.S.O.P. – cztery lata; Napoleon – sześć lat i X.O. – co najmniej 10 lat.
Whisky – destylat zacieru zbożowego, najczęściej jęczmiennego, dojrzewający w beczkach dębowych przez co najmniej trzy lata. Najczęściej kojarzony jest ze Szkocją lub Irlandią. Single malt to produkt z przedestylowanego zacieru z jednego rodzaju słodu jęczmiennego, wody i drożdży. Blended malt to przygotowana i wysmakowana przez najlepszych specjalistów mieszanina single maltów z różnych destylarni i z różnych roczników. Co ciekawe mamy też polską whisky – produkuje ją Polmos w Szczecinie pod nazwą Starka. Starka powstaje z destylatu zacieru żytniego, po czym leżakuje w beczkach dębowych z dodatkiem liści lipy lub jabłoni od 10 do 50 lat.
Whiskey – amerykańska odmiana „wywaru z dębowej beczki”. Do jej produkcji używa się przede wszystkim słodu z ziarna kukurydzy z dodatkiem ziarna pszenicy, żyta i jęczmienia. Najpopularniejsze amerykańskie whiskey to burbony i Tennessee Whiskey.
Burbon – alkohol destylowany w hrabstwie Bourbon w stanie Kentucky z zacieru, w którego składzie kukurydza stanowi co najmniej 51% (najczęściej jest to około 70%). Pozostałe zboża wykorzystywane w produkcji to pszenica, jęczmień, czasem żyto. Po destylacji, w której uzyskuje się alkohol o zawartości co najmniej 80%, dodawana jest woda, tak aby uzyskać zawartość nie większą niż 62,5%. Następnie trunek jest rozlewany do świeżych dębowych beczek, w których leżakuje przez co najmniej dwa lata, a jeśli leżakuje krócej niż cztery, to na butelce powinna znaleźć się informacja o tym, ile czasu spędził w beczce.




Gulasz z dzika z pieczarkami Poleca: Małgorzata Krokowska-Paluszak

Długie wieczory to doskonały czas na relaks i gotowanie. A że aura, jaka nam towarzyszy, powoduje, że mamy ochotę na konkretny, smaczny posiłek, to nie pozostaje nam nic innego, jak tylko brać się do pracy. To pyszne jednogarnkowe danie ucieszy wszystkich smakoszy.

Będziemy potrzebować: 1 kg mięsa z dzika (porcja gulaszowa), liść laurowy, ziele angielskie, ostrą paprykę, sól, pieprz, kmin rzymski, 1 cebulę, 1 pora, 1 czerwoną paprykę, 1 zieloną paprykę, 0,8 kg pieczarek, 2–3 ząbki czosnku, 2–3 łyżki koncentratu pomidorowego, 1 butelkę czerwonego wina, kilka łyżek śmietany 18%, kilka łyżek oleju do smażenia.
Mięso oczyszczamy i kroimy w kostkę. Posypujemy pieprzem, solą, papryką, kminem rzymskim, pokruszonym liściem laurowym, i zmielonym zielem angielskim, a następnie i odstawiamy w chłodne miejsce na około 12 godzin.
Tak przygotowane mięso wyjmujemy i podsmażamy na oleju. Przed podsmażeniem możemy delikatnie oprószyć je mąką. Przekładamy mięso do rondla, podlewamy winem i dusimy.
Cebulę i czosnek obieramy, paprykę i pora myjemy oraz oczyszczamy z części nasiennej i korzeniowej. Wszystkie warzywa kroimy i smażymy na oddzielnej patelni, a następnie przekładamy do rondla z mięsem i dalej dusimy.
Myjemy i obieramy pieczarki, kroimy je na drobne paski i podduszamy. Następnie dokładamy je do rondla z mięsem i warzywami. Wszystko ponownie podlewamy winem i trzymamy na małym ogniu około godziny, mieszając co kilka, kilkanaście minut.
Na koniec dodajemy koncentrat pomidorowy i śmietanę. Gotujemy jeszcze około 15 minut i gotowe.
Gulasz możemy podawać zarówno z brązowym ryżem, jak i z kaszą gryczaną czy kaszą bulgur.
Smacznego




wszelkie prawa zastrzeżone!