SEZONHUNTING

AKTUALNY NUMER
Powrót do magazynu sezon

Ozdoba czy amulet

Chyba nikt poza myśliwymi nie zrozumie, jak ważne są dla nas trofea. Odpowiednio wypreparowane i wyeksponowane to nie tylko wspomnienie myśliwskiej przygody i emocji, jakie nam towarzyszyły podczas łowów, ale również wyraz szacunku dla zwierzyny, której żywot zakończyliśmy.

To też uhonorowanie naszych zabiegów hodowlanych i powód do dumy z zasobności łowiska. Jeśli w dodatku możemy wykorzystać nasze trofeum do wykonania biżuterii przygotowanej indywidualnie dla nas czy naszych bliskich, to takie trofeum nabiera szczególnej wartości i jest praktycznie bezcenne. Panowie mogą zdecydować się na gustowne krawatniki. Panie mają do wyboru szeroki wachlarz ozdób. Kęsy, grandle czy dziczy oręż mogą być wspaniałym materiałem do produkcji wisiorów, kolczyków, bransolet, naszyjników, broszek czy pierścieni. W dużych realizacjach najczęściej wykorzystywanym metalem jest srebro, kojarzone z rycerstwem i czystością. W mniejszych zamawiający często wybierają złoto. Ale sztywnych reguł nie ma, a jedynym ograniczeniem jest tylko nasza wyobraźnia – no może skorygowana tylko zasobnością naszego portfela.




Pokręcone losy luf i ich wynalazców

W pierwszym okresie broń palną nabijano, co do zasady, kulami z ołowiu. A, że lufy miały gładki przewód to w zasadzie było im wszystko jedno, co znajdowało się między przybitką a zatyczką – kula, loftki, siekańce czy tłuczone szkło.

Na krótkim dystansie ofiarom takich pocisków też było wszystko jedno. Zdecydowanie gorzej jednak rzecz się miała z celnością w przypadku większych odległości. W idealnych warunkach, przy czystej lufie precyzyjnie odlana i niezniekształcona ładowaniem kula mogła celnie razić na dystansie około 90 m. W praktyce dystans ten zmniejszał się do 40–50 m. Wprowadzono więc zaawansowaną technologicznie innowację, która zwiększyła skuteczny zasięg do 120 m. Rozwiązaniem był flejtuch, czyli lniana, nasączona olejem okrągła szmatka. Flejtuch usprawniał nabicie karabinu i uszczelniał przewód lufy, przez co pocisk osiągał wyższą prędkość. Dodatkowo szmatka czyściła lufę po poprzednim wystrzale. Mimo że od czasów tego wynalazku minęło już pewnie z 8 pokoleń strzelców i myśliwych, to do dzisiaj słyszę, że niektórzy czyszczą lufę kolejnym strzałem. Cóż, flejtuchy…
Poprawę celności i zwiększenie skutecznego zasięgu do około 200 m przyniosło zastosowanie gwintu. Jednak sferyczna kula i gwintowana lufa nie były kompatybilne (choć wtedy nie używano raczej tego słowa). Pocisk miał styk z przewodem lufy wyłącznie małą powierzchnią na obwodzie. Duża naważka prochu lub zabrudzona lufa powodowały wzrost ciśnienia i zrywanie kuli z gwintu. Można było temu zaradzić, decydując się na mniejsze naważki, ale to skutkowało dużym opadem pocisku i koniecznością stosowania wysokiego kąta podniesienia, co z kolei zmniejszało skuteczność ognia na całym dystansie. Jak sobie z tym poradzić? Ano wprowadzić inny kształt pocisku.
Wynaleziono go prawdopodobnie przypadkiem, wbijając stemplem i młotkiem zbyt dużą kulę. Miękki ołów sprawił, że kula się poddała i tak powstał cylindryczny pocisk z wgłębieniem z jednej i półokrągłym zakończeniem z drugiej strony. Tylko, że załadowany dokładnie odwrotnie. Ale co to szkodziło… Wystarczyło wystrzelić i prototyp (tego słowa też chyba wtedy nie znano) był gotowy. Nie wiadomo, kto przy jego opracowywaniu wykazał się inteligencją, a kto siłą. Wiadomo jednak, że najgłośniejszym propagatorem pocisków cylindrycznych z zaokrąglonym wierzchołkiem i wydrążeniem w części dennej był angielski kapitan John Norton. Odkrył on, że wydrążenie denne jest rozpychane przez gazy prochowe i doskonale uszczelnia lufę. A część wiodąca pocisku idealnie współpracuje z gwintowaną lufą, zapewniając celność i płaski tor lotu na dystansie do 300 m.
Kapitan Norton to w ogóle ciekawa postać. To on pierwszy wymyślił karabinowe pociski wybuchające i zapalające. Bezsprzecznym hitem jego autorstwa – takim, który jednak nie przysporzył mu entuzjastów i odesłał go na ławkę zwariowanych wynalazców – był pocisk korespondencyjny. Pocisk, a w zasadzie zasobnik, mógł przenosić zwitek papieru z krótką wiadomością tekstową. O tym, że nadlatuje, sygnalizował gwizd wydobywający się ze specjalnie ukształtowanego otworu. Generalnie dobrze, że się nie upowszechnił, bo sformułowanie „trafić do adresata” zapewne nabrałoby zupełnie innego znaczenia.




Tłumik

Rozpatrując kwestię tłumika, nie sposób pominąć milczeniem ciążącej nad jego wykorzystaniem klątwy szczególnego niebezpieczeństwa.

Zawdzięczamy ją zakwalifikowaniu broni wyposażonej w tłumik do najbardziej złowrogiego – by nie rzec wyklętego – rodzaju oręża niczym kusze w średniowieczu... – oops przepraszam zapomniałem kusze i dzisiaj należą do broni szczególnie niebezpiecznej.
Swoją drogą mam nieodparte wrażenie, że broń szczególnie niebezpieczną wykreowali pisarze powieści sensacyjnych, a upowszechnili scenarzyści filmów akcji i twórcy gier komputerowych. Funkcjonariusze wyedukowani na tym „mocnym” merytorycznym materiale opiniotwórczo-edukacyjnym z kaset VHS dopełnili dzieła, usankcjonowawszy taki jej status. I tak tłumik stał się zakazany jako atrybut płatnego mordercy lub tajnego agenta z licencją na zabijanie. Zresztą trudno się dziwić, bo w filmach tłumik wycisza nie tylko sam strzał, ale również uderzenie kuli, dźwięk pracy zamka, a nawet odgłos upadającej łuski. Przy każdym pociągnięciu spustu słychać tylko cichutkie: „pssyt, pssyt, pssyt” – i tak aż do opróżnienia magazynka. Taki to ci czarci wynalazek!
A jak jest w rzeczywistości? Można to sprawdzić wykorzystując klasyczny sztucer myśliwski i standardową ponaddźwiękową amunicję do polowań. Przy takiej konfiguracji w przypadku największych i najsprawniejszych urządzeń tłumienie ogranicza się do około 25–35 dB. Dzięki temu zamiast bolesnych 160 dB do naszych uszu dociera znośne 130 dB, co dla większości ludzi stanowi próg bólu. Strzał jest zatem nadal wyraźnie słyszalny, ograniczone są natomiast jego przykre konsekwencje dla myśliwego i otoczenia, a zwłaszcza dla uczestniczących w polowaniu psów. Inną namacalną i realną korzyścią z używania tłumika jest redukcja kopnięcia dochodząca nawet do 30–40%. Tłumik jest więc również wydajnym kompensatorem odrzutu.
Czy doczekamy czasów, kiedy wzorem innych cywilizowanych krajów także w Polsce będzie wolno stosować w broni myśliwskiej urządzenia ograniczające dźwięk wystrzału oraz odrzut? Czas pokaże. Miejmy nadzieję, że prace nad nową ustawą o broni i amunicji oraz okołoustawowymi rozporządzeniami obejmą również kwestie związane z wykorzystaniem tłumików do wykonywania polowania.




Głód broni

Posiadanie broni w Polsce do rodzaj przywileju i nagrody za dobre sprawowanie, a każdy kolejny krok zmierzający do zmiany obecnie obowiązującego „policyjnouznaniowego” systemu wydawania pozwoleń na broń określane jest w mediach mianem liberalizacji dostępu do broni.

Mentalne rozbrojenie
„Eksperci”, którzy najczęściej sami broń już mają wieszczą polski „dziki zachód” i rozwodzą wizje krwawych sąsiedzkich porachunków i strzelanin na każdym grillu. Jednak o bezpodstawności takich stwierdzeń świadczy brak odgłosów strzelanin w Czechach, gdzie dostęp do broni jest zdecydowanie łatwiejszy, a w rękach obywateli jest przeszło 800 tys. sztuk pistoletów, karabinów i strzelb. Jeśli weźmiemy pod uwagę liczbę ludności Czech, to aby uzyskać podobne proporcje w dostępie do broni Polacy powinni mieć w swoich domach 3,5 mln sztuk broni palnej. Mają ok 425 tys. sztuk i analizując światowe statystyki jesteśmy jednym z najbardziej rozbrojonych społeczeństw świata, być może właśnie stąd wynika przesadne demonizowanie jej posiadania. Po prostu odzwyczailiśmy się od broni.
Na argumenty dotyczące statystyk i ograniczeń zaraz usłyszymy, że inne narody są bardziej rozważne, a Polacy nie dorośli jeszcze do broni. Wydaje się jednak, że taki sposób myślenia bardziej charakteryzuje okupantów, a nie demokratycznie wybranych do sprawowania władzy przedstawicieli suwerena. Bo to właśnie dla okupantów broń w rękach polskich obywateli byłaby zagrożeniem nie tylko potencjalnym, ale jak najbardziej realnym. Czego dowodem jest bogata historia polskich powstań i zrywów narodowych.
Głód broni
O wielkim zapotrzebowaniu na broń palną mogą świadczyć obroty na jej „upośledzonych” substytutach dostępnych bez zezwolenia. Wszelkiej maści „hukowce”, pneumatyki, repliki ASG, czy rewolwery czarnoprochowe sprzedają się doskonale. I bardzo dobrze, bo jest to droga do oswojenia broni palnej. Wyrobienia nawyków i zachowań związanych z bezpiecznym wykorzystaniem „urządzeń” miotających pociski na odległość. Jednak większość posiadaczy tych „zabawek” bez żalu zamieniła by je na prawdziwy pistolet.
Nadzieja na normalność
W sejmie procedowany jest właśnie projekt ustawy o broni i amunicji, druk sejmowy 1692, który może zmienić obowiązujące w tym zakresie prawodawstwo. Nowa ustawa wprowadza jednoznaczne kryteria uzyskania pozwolenia na broń i wyszczególnia przesłanki uzasadniające odmowę jego wydania, definitywnie eliminując uznaniowość. Ważnymi zmianami, które projekt wprowadza jest też rezygnacja z pozwoleń do celu i propozycja zmiany organu wydającego pozwolenia na broń. Miejmy nadzieję, że już jesienią Sejm zajmie się projektem ustawy i każdy praworządny i uczciwy obywatel Polski będzie mógł skorzystać z prawa do posiadania broni.




Tropowiec doskonały - cz. 3
Michał Fornalczyk

Dokonaliśmy już wyboru rasy, znaleźliśmy odpowiednią hodowlę i wybraliśmy szczeniaka. Pora rozpocząć etap zwany szkoleniem wstępnym (początkowym). Nie jest to typowe szkolenie, a raczej nauka przez zabawę.

Po pierwsze socjalizacja
Szczeniaka należy zabrać od matki w wieku mniej więcej ośmiu tygodni. To bardzo ważny etap w życiu psa. Jeżeli w początkowych tygodniach zaniedbamy jego socjalizację, żywienie i ruch, to zarówno w rozwoju fizycznym, jak i psychicznym młodego psa zajdą nieodwracalne negatywne zmiany, których nie da się już niestety zniwelować na późniejszym etapie rozwoju. Po powtórnym zaszczepieniu szczeniaka, czyli około 10 tygodnia życia, powinniśmy często zabierać go na spacery w różnego rodzaju teren, ale też socjalizować z ludźmi oraz z innymi psami. W lesie pozwólmy mu obwąchiwać ślady zwierzyny, biegać oraz oddalać się na niewielkie odległości – szczeniak w lesie powinien czuć się tak jak na własnym podwórku. Kiedy piesek jest nieco starszy i dobrze chodzi na smyczy, można ją rzucać na ziemię, tak aby maluch nauczył się chodzić (z linką) między nogami. Jest to o tyle ważne, że kiedy przejdziemy na otok, nadepnięcie otoku łapą lub jego splątanie  nie będzie rozpraszać szczeniaka, tylko będzie spokojnie czekał, aż go odplączemy. W miarę rozwoju psa wprowadzamy szkolenie podstawowych komend, tj. „siad”, „waruj”, „noga”, „zostań”, które w tym cyklu artykułów pominę, ponieważ informacje na ten temat znajdziemy w niemal każdym podręczniku układania psa.
Szkolenie specjalistyczne
Kiedy szczeniak skończy 7–8 miesięcy, możemy rozpocząć szkolenie specjalistyczne. Przystępując do szkolenia, powinniśmy mieć psa prawidłowo socjalizowanego, ostrzelanego, chodzącego na smyczy i znającego podstawowe komendy. Potrzebne nam będą pewne akcesoria, tj. buty tropowe, otok z obrożą tropową, kreda, karteczki lub tasiemki oraz oznaczenia tropu, a także dostęp do zamrażarki, w której będziemy trzymać świeże skóry, rapety itp. Do zakładania tropów wykorzystujemy biegi i badyle dzików, jeleni oraz danieli. Z doświadczenia wiem, że młode psy dużo chętniej pracują na tropach założonych raciczkami zwierzyny płowej, pamiętajmy jednak, by nie używać do szkolenia skór ani cewek saren.
W pierwszej kolejności należy znaleźć teren odpowiedni do szkoleń. Idealnie do tego celu nadaje się starodrzew z mchem, ponieważ tam najlepiej utrzymuje się wilgoć. Powinniśmy unikać zakładania pierwszych tropów na liściach – po pierwsze szybko schną, a po drugie zwykle są rozwiewane przez wiatr, zatem młode psy mogą mieć problemy z odszukaniem tropu. Sztuczny trop zaczynamy od zaimprowizowania tzw. zestrzału – zrywamy nogą delikatnie ściółkę na obszarze o średnicy około 40–50 cm. Po założeniu butów tropowych robimy w miejscu zestrzału mocne wciski, możemy też pozostawić tam kilka włosów imitujących ścinkę, a także fragment skóry, kostkę lub kawałek ścięgna. Celowo nie piszę o farbie, ponieważ jeśli zależy nam na psie do pracy w łowisku, a nie psie na konkursy, polecam szkolenie na samych rapetach lub niewielkiej ilości farby, przy czym farba musi być zawsze z tej samej sztuki, z której używamy rapet i skóry. Chodzi o to, by od początku kłaść nacisk na czystość tropienia. Początkowe ścieżki kładziemy na odcinku 100–200 m i ruszamy z psem na trop po godzinie  lub dwóch.
Czas ważniejszy niż długość
W końcowej fazie szkolenia powinniśmy wypracowywać 800–1000 m ścieżki podkładając psa po 12–16 godzinach. Warunkiem osiągnięcia takich rezultatów jest jednak dostosowanie wymagań i tempa do możliwości psa – lepiej założyć ścieżkę łatwiejszą niż za trudną, aby nie zniechęcać młodego ucznia, a czas i odległość wydłużać stopniowo. Jeśli pies świetnie robi ścieżki o długości 400–500 m, rozsądniej będzie zwiększyć czas ich leżenia od założenia do rozpoczęcia pracy niż wydłużać je w nieskończoność. Ścieżkę tropową powinniśmy oznaczać w taki sposób, aby dało się kontrolować pracę psa. Do znaczenia mogą służyć kreda, papier, wstążeczki, kije oparte o drzewo itp. Na końcu ścieżki najlepiej zostawić świeżą skórę lub rapety, których używaliśmy do zakładania tropu. Jeśli zostawimy je na dłużej, trzeba przywiązać je do drzewa, ponieważ lisy lub wałęsające się psy mogą połakomić się nasz materiał szkoleniowy. Do prawidłowego ułożenia psa wystarczy jedna, maksymalnie dwie ścieżki w tygodniu, zatem przy minimalnym zaangażowaniu, odrobinie wiedzy i chęci możemy sami podjąć trud ułożenia tropowca czy posokowca.




Zimowe łowy

Grudzień to idealny moment na wyprawę po orężnego odyńca. Huczka dzików i okres bezpośrednio po niej sprzyja okazjom do spotkania dużych watah czarnego zwierza.

Po ponowie możemy spróbować łowów po tropie. Jeśli napotkamy świeży trop, warto podążyć jego śladem. Gdyby dzik zwolnił i zaczął kluczyć, należy wytężyć zmysły, zachować ciszę i bacznie lustrować okolicę w poszukiwaniu miejsc dobrych na dzienną ostoję. Tropiąc watahę, zbliżanie się do ostoi rozpoznamy po tym, że zwierzęta do tej pory idące gęsiego rozsypują się w tyralierę. Ostoją mogą być suche trzcinowiska, wykroty i rozłożyste świerki z gałęziami sięgającymi do samej ziemi. Pojedynczego śpiącego dzika można podejść naprawdę blisko, z watahą jest trudniej, ale jeśli wykażemy się cierpliwością, zapewne uda nam się podejść na strzał. Jeżeli dziki zaległy w środku gęstego młodnika czy rozległego trzcinowiska, można do wieczora poczekać na tropie wejściowym, gdyż prawdopodobnie dziki opuszczą schronienie tą samą drogą.
Biała stopa to też dobry czas do polowań na lisy. W zależności od naszych upodobań i wyposażenia, a także charakteru łowiska możemy wybierać pomiędzy dalekosiężnym varmintingiem a finezyjnym polowaniem z wykorzystaniem wabika ściągającego mykitę w zasięg strzału śrutowego. W obu przypadkach polowanie wymaga łowieckiego kunsztu, umiejętności maskowania i doskonałej znajomości łowiska.
Słoneczne i krótkie zimowe dni to też świetny czas, aby wybrać się na sarny. W bezwietrzne słoneczne dni sarny chętnie wychodzą na otwarty teren, aby zażyć rozgrzewających kąpieli słonecznych. Starajmy się selekcjonować kózki, wybierając albo kościste stare sztuki, albo młode i słabowite, a oszczędzając mocne kozy w sile wieku. To one są prawdziwym kapitałem populacji zamieszkującej nasze łowisko.
Wybierając się do łowiska w słoneczny dzień przy świeżej pokrywie śniegowej, należy obowiązkowo zabrać ze sobą okulary słoneczne. Światło odbite od śniegu bardzo szybko zmęczy nasze oczy i już po kilku godzinach możemy mieć objawy ślepoty śnieżnej.
Jeśli w naszym łowisku leśnicy prowadzą prace zrębowe lub trzebieże, możemy skorzystać z okazji i spróbować zasiadki na jelenie. Licówki chętnie przyprowadzają chmary na teren tego typu prac, aby pożywiły się cienką młodą korą, którą zgryzają ze świeżo ściętych sosen, dębów, a jeszcze chętniej osik. W polach możemy szukać powodzenia w pobliżu ozimin i upraw rzepaku.
W przypadku polowania z podchodu po białej stopie łowiecki sukces pomoże nam odnieść odpowiednio dobrane ubranie w kamuflażu śniegowym uzupełnione białą czapką i rękawiczkami. Trzeba przy tym pamiętać, aby zamaskować też elementy wyposażenia, czyli broń, lornetkę i pastorał. Zwierzyna płowa ma doskonały wzrok, szczególnie wrażliwy na wykrywanie ruchu. Z łatwością zobaczy ciemną lornetkę ostro odcinającą się od tła, zwłaszcza gdy szybko podniesiemy ją do oczu.
Z kolei w przypadku polowania z zasiadki jako wierzchnią warstwę naszego ubioru warto wybrać kosmaty polar lub wełnianą kurtkę. Materiały te nie wydadzą żadnych dźwięków przy naszym poruszaniu się, nawet jeśli temperatura spadnie grubo poniżej zera.




Plecak lodenowy

Przywiązanie do zwyczajów i tradycji jest nieodzownym elementem myślistwa.

Przejawia się to w kultywowaniu specyficznego języka, norm etycznych i wzorców zachowań, które współczesne społeczeństwo może uznać za archaiczne i przestarzałe. Nasze umiłowanie do tradycji przejawia się również w warstwie sprzętu i ekwipunku myśliwskiego. Dobrym przykładem przywiązania do wzornictwa i naturalnych materiałów może być staromodny plecak lodenowy. Wykonany z przędzy wełnianej w kolorze ciemnej zieleni klasyczny plecak workowy bez stelaża cieszy się popularnością, mimo, że w sklepach można kupić wiele nowoczesnych ciekawie zaprojektowanych i funkcjonalnych modeli.
Nie znaczy to wcale, że plecaki workowe nie są funkcjonalne. Wręcz przeciwnie przetestowane praktycznie przez wiele pokoleń myśliwych rozwiązania sprawdzą się doskonale również współcześnie. Właśnie jeden z takich produkowanych obecnie klasycznym modeli zaintrygował nas na tyle, że postanowiliśmy przedstawić go naszym czytelnikom. Podstawową zaletą takiego plecaka jest ogromna komora główna, do której z łatwością zmieści się dodatkowy polar czy nawet gruba kurtka zimowa. W jej wnętrzu znajdziemy kieszeń na termos, szlufkę na latarkę i kieszonkę na dokumenty. Z przodu plecaka dwie duże kieszenie zewnętrzne pomieszczą śniadanie czy paczkę amunicji, a kilka sztuk można od razu przełożyć do wszytej w kieszeń ładownicy, na ścianach tych kieszeni znajdziemy mniejsze kieszonki na drobiazgi dla bezpieczeństwa zamykane, trochę nowoczesności w klasyce, na zamek błyskawiczny. Na tylnej stronie plecaka naszyto dużą kieszeń przelotową w której umieszczono piankowe usztywnienie zabezpieczające plecy przed ewentualnym uciskiem przenoszonych w plecaku twardych przedmiotów. Jednocześnie usztywnienie to możemy wyjąć i wykorzystać na ambonie jako podkładkę izolującą nas od zimnej czy mokrej ławki. Po prawej stronie plecaka wszyto solidny zamek błyskawiczny, który umożliwia łatwy dostęp do zawartości plecaka bez konieczności rozsznurowywania klapy. Szelki nośne plecaka wykonane są ze skóry podszytej filcem. Metalowe sprzączki na paskach regulacji długości szelek osłonięto rękawkami z miękkiej skórki, aby nie stukały o przenoszoną na ramieniu broń. Wszystko przemyślane i zaprojektowane dla myśliwego przez doświadczonego praktyka bez przypadkowości i wszechobecnej dzisiaj uniwersalności.  Tradycja to też umiejętność korzystania z doświadczeń naszych przodków i wykorzystywania sprawdzonych rozwiązań.
Jeśli jest w Was tęsknota za przeszłością. Za sprawą myśliwskich opowieści, starych książek, rycin czy obrazów chcecie poczuć się jak dawni myśliwi. Polujący w czasach, kiedy nie było samochodów, asfaltowych dróg, a marszruta i piesze wędrówki były nieodzownym elementem myśliwskich wypraw. Wełniany plecak workowy idealnie wpisze się w takie klimaty, a znaleziony „pod choinką” ucieszy niezmiernie.




10 przykazań lisiarza
Leszek Kamiński/polunek.pl

Nieumiejętne wabienie czy pochopnie oddane strzały, uczą lisy ostrożności.

1 Sprawdź wiatr - Lis, który wyczuje człowieka w najlepszym wypadku zwiększy swoją czujność, a w większości wypadków po prostu zrezygnuje z danego miejsca. Aby sprawdzić kierunek wiatru możemy polegać na własnych zmysłach lub jeśli nie „czujemy wiatru”, możemy użyć np. zapałki. Zgaszona zapałka uwalnia dym, którego najmniejszy ruch powietrza zabierze ze sobą, wskazując nam kierunek wiatru. Lis będzie dążył do ustawienia się pod wiatr by łatwiej zwietrzyć pożywienie.
2 Zakamufluj się - Zmysł wzroku lisa jest świetnie rozwinięty. Widok człowieka w jednej chwili spłoszy sznurującego lisa. Zakamuflowanie sylwetki człowieka zwiększy szanse pozyskania mykity.
3 Wybierz miejsce - Lis chodzi własnymi ścieżkami. Najwięcej tajemnic odkrywa przed nami zapisana tropami pokrywa śnieżna. Podstawą pożywienia lisów są myszy, więc myślmy tak jakbyśmy chcieli schwytać mysz. Po uwzględnieniu wiatru powinniśmy wybrać miejsce, tak żeby lis zobaczył nas najpóźniej, a my go jak najwcześniej. Musimy mieć czas, by możliwie niepostrzeżenie złożyć się do lisa.
4 Zachowuj się cicho - Najlepiej jeszcze w domu ubrać się w nasz docelowy strój na polowanie i ruszając się stwierdzić, czy jesteśmy wystarczająco cicho. Lis słyszy mysz z kilkuset metrów, więc jakikolwiek szelest naszej odzieży może zepsuć nam wyjście. Każde pociągnięcie nosem czy jakikolwiek inny odgłos może zdradzić naszą obecność.
5 Bądź cierpliwy - Pośpiech nie jest wskazany podczas polowania na lisy. Wabienie czy zasiadka często wymaga poświęcenia czasu. Lis może pojawić się w ostatnim momencie wyczekiwania, może też cały czas obserwować teren, podejrzewając podstęp. Decydując się na strzał wybierzmy najlepszy moment.
6 Spokój - Podczas zasiadki wszelkie ruchy powinny być wykonywane możliwie powoli. Pojawienie się rudego wywołuje wielkie emocje u lisiarza. Te emocje powodują przypływ adrenaliny, a co za tym idzie różne mniej lub bardziej niekontrolowane zachowania. Lepiej odczekać kilka sekund przed jakimkolwiek działaniem, uspokoić się i dopiero przystąpić do dalszego planu.
7 Precyzja - Pole trafienia lisa jest małe i zawiera się mniej więcej w powierzchni rozpostartej dłoni. Lepiej odpuścić niepewny strzał, tego samego rudzielca złapiemy następnym razem.
8 Ubierz się ciepło - Podczas każdego polowania musimy mieć komfort przebywania w terenie. Dlatego ciepły strój to podstawa byśmy mogli się skupić na precyzji i dyskrecji.
9 Obserwuj pogodę - Przed zaplanowaniem wyjścia na lisy, swoje szanse zwiększymy wybierając się na łowy w odpowiednią pogodę. Zwiększony ruch lisów w łowisku odbywa się spokojną i suchą aurę. Jasny księżyc i śnieg pozwoli na właściwą obserwację w nocy.
10 Przygotuj się – wcześniejsza wizualizacja różnych scenariuszy pojawienia się rudego zwiększy nasze szanse pozyskania.
Warto wziąć pod uwagę powyższe punkty przygotowując się wabienia drapieżników. W wielu łowiskach nieumiejętne wabienie czy pochopnie oddane strzały, uczy miejscowe lisy ostrożności, co uniemożliwia skuszenie ich na odgłos wydawany przez dany wabik.

 




Celowniki długodystansowe – cz.1 Powiększenie
Autor: Wojciech Jagielski

Powiększenie w mojej opinii nie jest najistotniejszą cechą celownika. Jednak charakterystyka strzelań długodystansowych sprawia, że...

Dla wielu jest to swego rodzaju fetysz – im większe, tym lepsze. Jest w tym trochę racji, ale niestety dotyczy to wyłącznie lunet z wyższej (czytaj: droższej) półki. Przy tańszej optyce, jeśli coś kiepsko widać przy powiększeniu 15×, to przy powiększeniu 45× będzie to prawdziwy dramat. Jest jeszcze jeden dylemat – stałe powiększenie czy zoom. Dla strzelców, którzy zamierzają strzelać do 100–300 m, mimo wszystko lepsze będą lunety ze stałym powiększeniem w zakresie 8–12×. Przy tej samej cenie luneta ze stałym powiększeniem będzie mieć dużo lepsze właściwości optyczne niż luneta z zoomem. Czy da się dalej strzelać ze „stałki”? Oczywiście, że tak, ale lunety ze zmiennym powiększeniem będą bardziej uniwersalnym rozwiązaniem, szczególnie dla strzelców preferujących strzelania w ograniczonej widoczności.
W przypadku strzelań taktycznych należy na pewno pomyśleć o lunecie o minimalnym powiększeniu 4–5×, a maksymalnym – nie mniej niż 12×. Dlaczego tak mało? Duże powiększenia oprócz ograniczenia pola widzenia mają jeszcze jedną wadę – czasem trudno „trafić w obraz”. Przy strzelaniach dynamicznych i zmianach postaw strzeleckich obraz w celowniku powinien pojawić się bez względu na to, czy strzelec stoi czy leży, a przy powiększeniu 50× czasem trzeba szukać obrazu.
Strzelcy tarczowi mają większe pole do popisu. Jeśli nabyli umiejętność strzelania w mirażu, mogą się pokusić o optykę nawet 15–50×. Coraz popularniejsze są „stałki” o dużych powiększeniach, np. 40× i więcej, ale jak już wspomniałem – miraż może skutecznie uniemożliwić użycie takich lunet.
„Wyścig zbrojeń” w zakresie powiększeń nabrał ostatnio tempa. Ale nie można dać się ponieść emocjom – na liczby należy spojrzeć trzeźwym okiem. Zawsze lepsze będzie bardzo dobre szkło o powiększeniu 12× niż słabe o krotności 30. Poza tym, jeśli wziąć pod uwagę tylko liczby, to różnica między powiększeniem 15-krotnym a 30-krotnym jest taka sama jak między 2 a 4. Dużo ważniejsze od powiększenia są jakość szkieł, jakość układów optycznych oraz pole widzenia.




Chwyt marketingowy

Często stając przed wyborem jakiegoś sprzętu zadajemy sobie pytanie. Kupić coś uniwersalnego czy raczej dedykowanego.

Kompletując ekwipunek myśliwski niemal w każdej kwestii stajemy przed takim dylematem. Dotyczy on broni, lub częściej jej kalibru, celownika optycznego, lornetki czy nawet noża. Im droższy sprzęt tym bardziej skłaniamy się do wyboru zastosowań bardziej wszechstronnych. Warto jednak rozważyć wszelkie za i przeciw aby później nie stać się tzw. ofiarą – kompromisu.
Dzisiejsze rozważania poświęcimy lornetkom. Zdaniem ekspertów nie ma czegoś takiego jak lornetka uniwersalna. Jest to konsekwencją budowy naszego oka i sposobu w jaki źrenica reguluje ilość światła, która dociera do wnętrza oka. Dlatego sprzęt optyczny powinien brać pod uwagę to uwarunkowanie i dla lornetek nocnych źrenica wyjściowa powinna oscylować wokół 7 mm, a w przypadku sprzętu służącego do obserwacji w dzień wystarczą 3 mm.
Jeśli ktoś lubi uśredniać wyliczenia może być skłonny stwierdzić, że 5 mm średnica źrenicy wyjściowej uzyskiwana z lornetek o parametrach 10x50 czy 8x42 to właśnie parametry lornetki uniwersalnej. My skłaniamy się do stwierdzenia, że termin lornetka uniwersalna to raczej chwyt marketingowy, niż kategoria urządzeń optycznych.
Co zatem wybrać
Na noc obowiązkowo lornetka 8x56 lub 10x56 w zależności od wieku, a raczej maksymalnego rozszerzenia naszej źrenicy. Lornetki te dysponują dużą mocą światła idealnie współpracują z okiem w warunkach ograniczonego światła, jednak są ciężkie, a wykorzystywane w dzień gubią część światła ze zbyt szerokiej źrenicy wyjściowej. I możemy mieć wrażenie, że w pełnym świetle gorzej dostrzegamy szczegóły obserwowanych obiektów, niż przez lornetki z mniejszym obiektywem.
Na dzień 8x44, 10x40, 12x42 czy mocne 15x56. Tu wszystko zależy od tego do czego wykorzystujemy naszą lornetkę jeśli lubimy polowanie z podchodu, a dodatkowo mamy lunetę celowniczą z mocnym powiększeniem to lornetka służy nam głównie do zlokalizowania zwierzyny. Wtedy warto wybrać taką o szerokim polu widzenia. Jeśli zależy nam na dostrzeganiu szczegółów wybierzmy powiększenia większe. Pamiętać jednak musimy, że duże powiększenie wymaga dobrej stabilizacji, bez której komfort patrzenia i możliwość dostrzegania szczegółów spadnie. Powiększenie 12x jest w opinii większości użytkowników maksymalnym do prowadzenia obserwacji z ręki.
Na spacer, wycieczkę, czy zawody sportowe dedykowane są lornetki kieszonkowe w typie 8x25, czy 10x25, które nieźle sprawdzą się też na rogaczach czy zbiorówce z ambon. Ich zaletą jest to, że prawie nic nie ważą i można zapomnieć, że je przy sobie mamy.
Niezależnie od parametrów, które wybierzemy warto zainwestować w sprzęt uznanej marki, gwarantującej dobrą jakość optyczną trwałość i niezawodne działanie. Bowiem parametry to nie wszystko, równie ważna jest jakość wykorzystanych soczewek, pryzmatów oraz powłok uszlachetniających, którymi są pokryte.
Na tym można by było zakończyć rozważania tyczące uniwersalnych lornetek. Jednak w praktyce obraz, który widzimy nie powstaje w oku tylko w naszym mózgu. To co i jak widzimy jest naszym subiektywnym odczuciem i jeśli ktoś jest przekonany, że znalazł dla siebie lornetkę uniwersalną sprawdzającą się zarówno w dzień jak i o zmierzchu, czy w nocy to pewnie tak w jego przypadku jest.




Parcour

Jeszcze nie tak dawno – nowość, choć historycznie zdecydowanie starsza od naszego myśliwskiego sześcioboju, dzisiaj – dyscyplina jak każda inna.

Zawody w strzelaniu do latających po dziwnych trajektoriach różnorakich rzutków nikogo już nie dziwią. Coraz więcej strzelnic myśliwskich dysponuje choć jedną osią wyposażoną w maszyny do obsługi parcoura. Na stałe stanowiska takie funkcjonują na strzelnicach w Opolu, Katowicach, Bydgoszczy, Skoraczewie, Lublińcu, Suchodole i Poznaniu. Na pozostałych ustawienie maszyn mobilnych nie jest problemem. Tym sposobem można szybko ustawić oś do Compak Sportingu przy wykorzystaniu istniejącej infrastruktury.
Dodatkowym atutem uprawiania strzelectwa parcourowego jest fakt, że swoje umiejętności można zweryfikować na zawodach międzynarodowych. Dzięki międzynarodowej organizacji FITASC konkurencje takie jak Compak Sporting i Parcours de Chasse są bowiem rozgrywane według tych samych zasad niemal na całym świecie.
Jak rozpocząć przygodę ze strzelaniem parcourowym? Nic prostszego – potrzebna jest strzelba śrutowa, najlepiej kalibru 12, i kilka paczek naboi śrutowych o naważce nie większej niż 28 g i średnicy śrutu nie większej niż 2,5 mm. Do tego ochronniki słuchu i okulary strzeleckie. Jeśli chcemy trenować parcour, aby podnieść swoje umiejętności, które później zamierzamy wykorzystać w łowisku, to najlepiej strzelać z tej strzelby, z którą polujemy. Już pierwsza wizyta na strzelnicy może wskazać nam konieczność modyfikacji naszej techniki strzeleckiej lub wymusić dopasowanie za długiej lub przykrótkiej osady. Jeśli zamierzamy odwiedzać strzelnicę częściej niż tylko szkoleniowo i rekreacyjnie (a bakcyla parcoura bardzo łatwo złapać), warto zastanowić się, czy w dłuższej perspektywie nasza obecna broń wytrzyma bez szkody kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt tysięcy strzałów. Decydując się na nową, warto wcześniej zgromadzić informacje, przejrzeć testy, poczytać fora dyskusyjne i zasięgnąć rady doświadczonych kolegów. A przede wszystkim wybrać się na zawody, podpatrzeć, z czego strzelają zawodnicy – ci początkujący, ale również ci zajmujący czołowe lokaty. Popytać, poskładać się, o ile pozwolą. I wybrać coś dla siebie.




ATV

(All Terrain Vehicle), czterokołowiec, a popularnie quad to idealny pojazd do patrolowania rozległych i niedostępnych terenów

Dzięki napędowi na cztery koła i możliwości poruszania się niemal w każdym terenie i o każdej porze roku sprawia, że grono jego użytkowników wśród myśliwych, leśników i rolników jest coraz większe. Modele przeznaczone dla myśliwych w większości wyposażone są w specjalne układy wydechowe o zmniejszonym poziomie hałasu.
Poza poruszaniem się w niedostępnym dla innych pojazdów terenie i transportem upolowanej zwierzyny, możemy zaprząc quada również do wielu prac w łowisku, takich jak: odśnieżanie poletek zgryzowych, zakładanie pasów zaporowych i ścieżek podchodowych oraz uzupełnianie posypów i paśników. Zintegrowane bagażniki umożliwiają przewożenie ładunku łącznie do 150 kg. Jeśli jednak to nie wystarczy wszystkie modele użytkowe wyposażono w hak i przystosowano do ciągnięcia przyczep dzięki czemu mogą zastąpić mały ciągnik rolniczy.




W objęciach Utopca

Jedni uważają, że to urok jazdy terenowej. Ta niepewność - przejadę, czy nie przejadę. To samcze sprawdzenie siebie i swojego sprzętu. Pakujemy się w błoto i siedzimy zagrzebani po same mosty. Co wtedy?

Najlepiej nie wpaść. Znasz swój teren i jeśli gdzieś może być grząsko i głęboko to pewnie będzie. Oceń ryzyko. Czy czas na objechanie przeszkody czy podejście z buta będzie dłuższy niż wyciąganie auta? Jeśli jednak lubisz ryzyko kup wciągarkę, pamiętając o zasadzie, że uciąg wciągarki powinien dwukrotnie przekraczać masę samochodu, do którego jest przeznaczona. Ale może nie będzie potrzebna, jeśli zadbałeś o odpowiednie opony. Nieprzystosowanych do terenu opon nie zastąpią ani doskonałe umiejętności kierowcy, ani monstrualny prześwit, ani wielka moc silnika. Czyli po pierwsze Odpowiednie opony mogą być uniwersalne AT, ale jeśli mieszkasz w terenie i niezbyt często jeździsz po asfalcie to MT będą jeszcze lepsze. Lepiej dla ciebie. Gorzej dla innych bowiem nieumiejętne korzystanie z ciężkiego i mocarnego terenowca obutego w MT w krótkim czasie zamienia wszystkie miękkie polne i leśne drogi w dwa równoległe rowy z błotem. Co jeszcze można zrobić przed – zwiad i rozpoznanie. Nie jesteś pewny co cię może spotkać? Wysiądź i sprawdź, zaplanuj jak pokonasz przeszkodę. Jeśli dziura nie sięga środka ziemi i opony będą miały się od czego odpychać jest nieźle. Tak czy inaczej ruszając zadbaj o odpowiednią energię kinetyczną. Jeśli rozpędzisz auto, to nawet jeśli koła stracą przyczepność, pokonasz przeszkodę ślizgając się na brzuchu. Przejechałeś? Super! Nabrałeś pewności siebie. Jeszcze bardziej lubisz swoje auto, rozpiera cię duma. Jeśli zawsze ci się udaje reszty tekstu nie musisz czytać. Jeśli jednak przewidujesz, że kiedyś może zabraknąć 2 cm prześwitu, czy 10 KM mocy, zapraszamy.
Jeśli utknąłeś, to im wcześniej zdasz sobie z tego sprawę, tym krócej będziesz wyciągał auto. Nerwowe ruchy kierownicą, szarpanie w przód i w tył i wyrzucanie błota na wysokich obrotach rozładowują trochę emocje, ale nie poprawiają sytuacji. Zachowaj energię będzie ci potrzebna.
Jeśli masz wciągarkę pozostaje znaleźć coś do czego można się przyczepić, rozwinąć linę, byle nie do końca (zostawiamy zawsze 3 zwoje na bębnie) i uruchomić silniczek. Gorzej, jeśli nie mamy do czego. Można co prawda kupić specjalną kotwicę, którą możemy wciąć w glebę zaczepić się do niej. To taki sprzęt na rajdy przeprawowe więc raczej jej przy sobie nie masz. Najczęściej nie mamy też wciągarki więc brak kotwicy przestaje być problemem. Ok koniec dywagacji. Czas brać się do roboty. Sprawa jest prosta trzeba sprawić, aby opony mogły odpychać podłoże. Najlepiej podnieść zatopione koło czy koła. Przyda się łopata i lewarek najlepiej o dużym skoku. Jeśli masz trapy, po których wyjedziesz to super. Jeśli nie to starym indiańskim zwyczajem trzeba zacząć zbierać chrust i gałęzie. Toporek, a jeszcze lepiej siekiera powinna w naszym aucie mieć swoje stałe miejsce. Podkładamy materiał pod koła układając poprawiającą przyczepność nawierzchnie, aż do bezpiecznego miejsca. W teorii zajęło nam to 30 sekund. W praktyce może potrwać kilka godzin.
Rada ostateczna – zawsze dobrze mieć pod ręką połówkę, a jeszcze lepiej zero siódemkę bo jeśli wszystkie powyższe rady zawiodą trzeba nieomieszkając udać się do wsi po ciągnik.




Dziczyzna smaczna i zdrowa

Najwięcej walorów zdrowotnych ma mięso z jelenia, dzika i sarny. Zawiera wiele potrzebnych naszemu organizmowi łatwo przyswajalnych witamin i minerałów.

Znajdziemy w nim duże ilości magnezu, fosforu, wapnia, potasu i witamin z grupy B (B2, B5, B6). Składników tych jest w nim przeciętnie cztery razy więcej niż w mięsie zwierząt hodowlanych.
Dziczyzna zawiera także mniej tłuszczu – średnio około 2%. W dodatku skład tego tłuszczu też jest znacznie korzystniejszy – z mniejszą ilością kwasów nienasyconych i wielonienasyconych. Oczywiście mniejsza ilość tłuszczu sprawia, że dziczyzna jest mniej kaloryczna: 100 g mięsa z sarny to około 130 kcal, a z dzika jedynie 110 kcal (dla porównania 100 g wieprzowiny to blisko 300 kcal). Trzeba również pamiętać, że ogólnie dziczyzna zawiera więcej mioglobiny (o jej wysokiej zawartości świadczy mocno czerwony kolor), która jest źródłem bardzo dobrze przyswajalnego żelaza.
Zdrowe i pełne łatwo przyswajalnego białka (kreatyny) jest mięso z dzikich gołębi, kuropatw i bażantów. Ma ono zdecydowanie korzystniejszy skład chemiczny niż mięso drobiu hodowlanego, które jadamy na co dzień. Nie uczula, a ponadto jest wolne od szkodliwych substancji mogących przeniknąć do mięsa ze sztucznych mieszanek paszowych czy konserwantów.
Szczególnie cennym walorem „dzikiego” mięsa jest wysoka zawartość aminokwasów egzogennych, czyli takich, których organizm człowieka nie może syntetyzować samodzielnie. Aminokwasy te są odpowiedzialne m.in. za odpowiedni poziom cukru we krwi, wspieranie układu krążenia i ośrodkowego układu nerwowego, a także naturalnych mechanizmów obronnych.
Najbardziej lekkostrawne jest mięso młodych osobników. Z kolei najwięcej substancji odżywczych ma mięso sztuk pozyskanych jesienią i wczesną zimą. Związane jest to z metabolizmem dzikich zwierząt, który przygotowuje je do przetrwania zimy, a także z sezonowością ich diety i dostępnością w tym okresie wysoko zmineralizowanego i kalorycznego pokarmu.
Warto mieć na uwadze, że cenne substancje odżywcze znajdujące się w dziczyźnie są w większości łatwo rozpuszczalne w wodzie, dlatego należy przyrządzać mięso w taki sposób, aby zamknąć je w jego wnętrzu lub przechwycić w wywarze.
Jako myśliwi musimy też pamiętać, że jakość dziczyzny zależy od precyzji strzału, sposobu pozyskania zwierzyny, a także jej późniejszego sprawienia i wystudzenia oraz przechowywania mięsa.




Stop bakteriom

Temperatura przechowywania produktów przeznaczonych do spożycia jest jednym z najważniejszych czynników decydujących o ich późniejszej kulinarnej przydatności.

Aby uzmysłowić sobie jak szybko następuje proces rozwoju mikroorganizmów wystarczy zapamiętać, że w temperaturze 16 - 20°C i przy odpowiedniej wilgotności już po upływie 20 minut ilość bakterii znajdujących się na mięsie upolowanych zwierząt zwiększa się dwukrotnie. To znaczy, że po godzinie jest ich 8 razy więcej, po kolejnej już 64 razy więcej po 12 godzinach jest ich 68 miliardów razy więcej.
Dlatego bardzo ważny jest precyzyjny strzał i czyste sprawienie tuszy, a następnie jak najszybsze jej schłodzenie do temperatury poniżej 5°C, w której rozwój mikroorganizmów zostaje niemal zatrzymany. Im szybciej upolowana sztuka trafi do chłodni, tym lepszej jakości mięso trafi na nasz stół.




Świąteczny schab długo dojrzewający Poleca: Małgorzata Krokowska-Paluszak

Sezon w pełni, zatem Wasze zamrażarki są wypełnione dziczyzną po brzegi. A ja Wam podpowiem, jak tę dziczyznę świątecznie, smacznie i dobrze wykorzystać.

Święta za pasem, szał przygotowań zapewne ogarnął już wszystkich bez reszty. Smutne grudniowe dni rozświetlają świąteczne dekoracje. Gdyby nie smog, w powietrzu czułoby się atmosferę świąt. Kto nie kupił jeszcze prezentów, myślę, że to ostatni dzwonek. Prezenty to jednak nie wszystko, pozostaje jeszcze sprawa świątecznego menu. Tym razem coś dla wszystkich miłośników wędlin, które idealnie sprawdzają się na bożonarodzeniowym stole. Moja grudniowa propozycja to długo dojrzewający schab z polędwiczkami. W tym przepisie najważniejsze jest wyczucie czasu. Czyli jest to coś dla cierpliwych i wytrwałych. Cały proces trwa około tygodnia. A jeśli pokusicie się i zrobicie wędliny wcześniej, mogę Wam zagwarantować, że nie dotrwają do świąt – są tak pyszne, że trudno im się oprzeć. A więc zaczynamy.
Będziemy potrzebować: schab oraz polędwiczki z dzika, 0,5 kg cukru, 0,5 kg soli, 2 główki czosnku, 2–3 łyżki papryki słodkiej wędzonej, 2–3 łyżki mieszanki przypraw myśliwskich, 2–3 łyżki pieprzu, rajstopy z oczkiem.
Schab i polędwiczki myjemy i starannie osuszamy ręcznikiem papierowym. Dokładnie obtaczamy w cukrze, a następnie umieszczamy w osobnych pojemnikach i zasypujemy niewielką warstwą cukru. Pojemniki wkładamy do lodówki na około 30 godzin – przez ten czas z mięsa powinno wypłynąć sporo soków. Wyjmujemy mięso z pojemników, dokładnie ocieramy z cukru i osuszamy ręcznikiem papierowym. Pojemniki myjemy. Mięso obsypujemy ponownie, ale tym razem solą, znowu wkładamy do pojemników i trzymamy w lodówce przez kolejne 30 godzin.
Obieramy czosnek i przeciskamy go przez praskę oraz mieszamy ze sobą przyprawy –  pieprz, przyprawę myśliwską i paprykę słodką wędzoną. Dokładnie oczyszczamy z soli zarówno mięso, jak i pojemniki. Po osuszeniu obtaczamy mięso w czosnku oraz mieszance przypraw i ponownie wkładamy do lodówki na 30 godzin.
Następnie przekładamy mięso do rajstop – każdy kawałek osobno – i wieszamy w przewiewnym, suchym miejscu, np. w spiżarni. Jeśli rzeczonej nie macie, kuchnia też się nada, byle nie w okolicy kuchenki. Przez mniej więcej 5 dni mięso pięknie obsycha. Po tym czasie rozcinamy rajstopy i wkładamy wędlinę do lodówki (schab może wisieć dłużej).
I gotowe. Podając tak przygotowane wędliny, starajmy się kroić je na jak najcieńsze plasterki.
Do takiego przygotowania mięsa namawiam zwłaszcza tych, którzy na co dzień kupują wędlinę w sklepie. Przepis jest banalnie prosty, a efekty przechodzą najśmielsze oczekiwania. Pomyślcie o „ochach i achach” rodziny. I do roboty. Deszcz komplementów gwarantowany.
Kochani, na koniec chciałabym życzyć Wam wszystkiego dobrego na te święta. Przede wszystkim dużo zdrowia, radości oraz rosnącej pasji gotowania i chęci poznawania nowych smaków.




wszelkie prawa zastrzeżone!